piątek, 6 października 2017

Spis Treści

(Zdjęcie skopiowane kiedyśtam, nazwa bez zmian)
Rozdział 1, w którym rodzice Clover są zbyt zajęci, żeby być jej rodzicami.
Rozdział 2, w którym Clover się przekonuje, że Logan wcale się nie zmienił.
Rozdział 3, w którym Carlos zabiera Clover na lody.
Rozdział 4, w którym Kendall daje Clover bukiet z brokuł.
Rozdział 5,w którym Clover poznaje Hayden i Heydena.
Rozdział 6, w którym Clover daje Martinowi starą książkę.
Rozdział 7, w którym Bree daje Clover lokatę bankową.
Rozdział 8, w którym Clover poznaje dziewczynę Carlosa.
Rozdział 9, w którym Clover gotuje razem z Rachel.
Rozdział 10, w którym Clover w końcu odzyskuje swój stary rower.
Rozdział 11, w którym Logan traci całą cierpliwość.
Rozdział 12, w którym Kendall nie godzi się na żadną alternatywę.
Rozdział 13, w którym James przegapił ważny występ.
Rozdział 14, w którym Rachel pokazuje, jak potrafi się postawić.
Rozdział 15, w którym Kendall po latach umawia się na randkę.
Rozdział 16, w którym Carlos i Rachel chcą się dowiedzieć z kim się spotyka Kendall.
Rozdział 17, w którym Rachel przydarza się coś złego.
Rozdział 18, w którym Carlos poznaje całą prawdę o warsztatach Rachel.
Rozdział 19, w którym Carlos robi ciasto dla Rachel, a Kendall tylko trochę mu w tym pomaga.
Rozdział 20, w którym Logan spotyka się z Adrianną.
Rozdział 21, w którym James uczy się pierwszej pomocy.
Rozdział 22, w którym Clover dowiaduje się przykrej prawdy.
Rozdział 23, w którym Logan organizuje Kendallowi randkę. Znowu.
Rozdział 24, w którym Clover dowiaduje się prawy o swojej rodzinie.
Rozdział 25, w którym Clover wyprowadza się z domu chłopaków.
Pożegnanie - gdzie znajdują się odpowiedzi na Wasze pytania spod tego postu. 

A żeby zacząć od początku, kliknij tutaj i przechodź do następnej dzięki przyciskowi „Nowszy Post” i czytaj dalej!
Miłego czytania!

A jeśli już skończysz i będziesz miał/miała za mało obczaj inne moje blogi:
LA is Ours (zakończone, dwie historie)
Stado (zakończone, ale to Teen Wolf, a nie BTR)
Szkoła dla Mutantów (zakończone (X-Men i BTR)
You're my oxygen (w trakcie)


środa, 4 października 2017

Pożegnanie

Cześć!
W końcu zabrałam się za pisanie tego pożegnania. Chciałam poczekać, żeby było trochę więcej pytań i... właśnie na nie odpowiedziałam.
Zaczynimy od podziękowań. Szczególnie tym, którzy komentowali. Bez Was nie byłabym w stanie napisać czegokolwiek. Poważnie. Dlatego na wyróżnienie zasługują Weronika (THE UNFORGIVEN), Lisa Schmidt, Domi Schmidt, Rose i Kasia Nasternak, które komentowały moje posty. Za bo bardzo Wam dziękuję.
Przez te pół roku ten blog osiągnął liczbę 1 213 wyświetleń. Wiem, skromnie, ale i tak bardzo się z tego cieszę. Najwięcej wyświetleń zdobył „Rozdział 14, w którym Rachel pokazuje jak potrafi się postawić” (46) z kolei najczęściej wyświetlaną stroną była zakładka z Bohaterami, chociaż Księga gości ma niewiele mniej.
Razem z moimi odpowiedziami są 63 komentarze. Nie napiszę, który post był najbardziej komentowany, bo są tam moje odpowiedzi, co nie bardzo się liczy.
Tak naprawdę wiele tego, co chciałam napisać tutaj, znalazło się w odpowiedziach, więc po prostu przejdę do pytań, które mi zadawaliście pod poprzednim postem.

Czy gdybyś jeszcze pisała Carlos i Rachel by się pobrali?
Może nie od razu, ale kiedyś na pewno. Z pewnością mieliby bardzo długi okres narzeczeństwa, głównie dlatego, że nie chodzą na randki jak przeciętne pary. Zamiast iść na miasto, urządzali sobie klimat w domu. Jeśli poczytasz sobie (albo znajdziesz program „Mała Paryska Kuchnia Rachel Khoo”), z którego została „przeniesiona” postać Rachel, zobaczysz coś o najmniejszej restauracji w Paryżu.

Dlaczego James miał takiego hopla na punkcie obowiązków domowych?
U Jamesa to jest lekka nerwica natręctw. Jest pedantem, ma świra na punkcie czystości, ale dzięki przyjaciołom (wśród których jest prawdziwy bałaganiarz) coś, co byłoby uznawane za chorobę, stało się jego atutem, bo Sprzątaniem w domu zajmuje się James, a w kwestii zachowania czystości poucza chłopaków tylko w razie wyższej konieczności.

Co dalej z związkiem Kendalla?
Nic z ich związkiem. Po prostu ze sobą randkują, jak para z ogólniaka. Lisa jest czymś w rodzaju zlepka wszystkich dziewczyn Kendalla, o których miałam przyjemność czytać na innych blogach, nawet kilka lat temu. Nie poznaliśmy jej, fakt. I tak, jak pamięta ją Clover, Lisa jest bardzo sympatyczna.

Czy myślisz, że Clover i Martin mogliby być parą?
Nigdy w życiu! Clover i Martin tworzą przyjaźń przepełnioną miłością. Nie nudzą się swoim towarzystwem, teraz nie mają przed sobą tajemnic. I z pewnością stoją za sobą murem, kiedy trzeba. Ale nie mogliby stworzyć związku.

Droga Marto, ile masz lat? Wybacz za takie pytanie, ale od jakiegoś czasu mnie to zastanawia.
Przykro mi, ale nie mogę odpowiedzieć na To pytanie. Po pierwsze cenię sobie pewnego rodzaju anonimowość, chociaż podpisuję się swoim imieniem i nazwiskiem. No i wiek autora jest pewnego rodzaju sugestią dla odbiorcy. A ponieważ wciąż zamierzam pisać i publikować, jeszcze tego nie powiem, wybacz.

Autorko, czy Lisa nie występowała już w którymś z Twoich poprzednich opowiadań? Bo szczerze mówiąc, skądś ją kojarzę, tylko nie mam pojęcia skąd.
Nie. Lisa nigdzie się nie pojawiła. Możliwe, że kojarzysz ją przez Lisę Schmidt, po której odziedziczyła imię (sorki). Tak, czy siak, to nie zmienia faktu, że Lisa została wymyślona na poczekaniu w oparciu o moje wspomnienia z wcześniej czytanych opowiadań, chociaż z żadną z wcześniejszych postaci, wymyśloną przeze mnie, czy nie, nie ma absolutnie nic wspólnego.

Logan, czy przestałeś wreszcie wtrącać się w związek Kendalla?
Logan: Nie. I nie zamierzam przestawać (odpowiedź godna Logana), chociaż fakt, na razie muszę uśpić czujność.

Martin, jak Ci się żyje w Domu Dziecka?
Martin: Na pewno lepiej niż w moim „rodzinnym” domu. Mam co jeść, zawsze mam czyste ubrania i nie muszę się martwić, że moi bracia będą nieszczęśliwi.

Clover, czy zamierzasz kiedykolwiek powiedzieć rodzicom o odkryciu Twojego rodzeństwa, czy jednak zachowasz to dla siebie?
Clover: Na razie zatrzymam to dla siebie. Lepiej zaczekać, aż sami się zdobędą na tę szczerość.

Angeles, nadal masz o Clover takie samo zdanie, czy wreszcie zmądrzałaś i zobaczyłaś, ile dla Was zrobiła?
Angeles: Nie muszę zmądrzeć, bo nigdy nie zgłupiałam. Teraz Ci kretyni się ode mnie odwrócili, ale jeszcze tego pożałują, bo beze mnie nic nie znaczą. I z tego, co mi wiadomo, Clover za bardzo od tego nie zbiedniała.

Marto, skąd w ogóle pomysł na takie opowiadanie?
Chciałam stworzyć coś nowego. Coś, czego jeszcze nie było. Spisałam schematy, które się pojawiały wcześniej i... zrobiłam z nich jeden. Jak to wyszło jest chyba w Przedmowie. Najtrudniej było chyba z imieniem dla Clover. Kiedy się na nie zdecydowałam, byłam Chora, zakatarzona i oglądałam „Niech żyje Król Julian”. Tam jest taka scena, kiedy Jagódka literuje swoje oryginalne imię. Wtedy cofnęłam nagranie, spisałam litery i wyszło Clover. I tak została koniczynka. I naprawdę, byłabyś zaskoczona, gdybyś się dowiedziała, które mini-wątki powstawały same z siebie. Nawet się nie wysilałam i dokładnie w takich chwilach uwielbiałam pisać, kiedy opowiadanie żyło swoim własnym życiem.

Marto, czy gdybyś dalej pisała tego bloga, Carlos i Rachel założyliby rodzinę?
Na pewno trochę by to zajęło. I nie wiem, w jaki sposób, ale miałam zamiar zrobić małą tragedię, przy okazji tego dźgnięcia nożem, ale wiedziałam, że bylibyście na mnie wściekli, gdyby po tym Rachel usunięto macicę. Zdawałam sobie sprawę, że za bardzo ją polubicie, bo kiedy ja po raz pierwszy zobaczyłam w telewizji jak nacierała rybę ziołami, byłam po prostu urzeczona i pragnęłam, żebyście Wy zapałali do mojej fikcyjnej Rachel, taka samą sympatią, jaką obdarzyłam tę z programu kulinarnego. A to wykluczyłoby jej możliwość urodzenia dziecka. Wiem, to okrutne, nie musisz mi mówić. W moim magicznym notesiku coś takiego widnieje i chyba tylko tam już zostanie.

Marto, myślisz, że rodzice Clover zmieniliby swoje zachowanie, gdyby dowiedzieli się, że prawda wyszła na jaw?
Nie. Są zbyt chłodni i konserwatywni, żeby się tym przejąć. Zna prawdę, okey i to nie jest nic wielkiego. Sami uznają swoje decyzje sprzed lat za nieistotne, więc wątpię, czy to miałoby dla nich jakieś większe znaczenie. Musiałabym usiąść i spróbować napisać wersję takiej sceny, kiedy do nich to dociera. Bo teraz sama nie wiem, jak rozegrałabym ich zachowania.

Marto, jak długo zajęło Ci pisanie tego opowiadania?
Dwa-trzy miesiące z przerwą, bo miałam coś w rodzaju załamania nerwowego. Ale... Ostatnie dziesięć-piętnaście rozdziałów (teraz już nie pamiętam), pisałam dosłownie co drugi dzień. Miałam maga wenę i jak skończyłam, zaczęłam szukać zdjęć do zakładki (ciekawostka: zdjęcie Rachel zostało wybrane jako pierwsze, a jeśli chcecie mogę edytować post i wstawić całe zdjęcie z zakładki i dwa inne, które też rozważałam) i na samym końcu założyłam bloga i zaprojektowałam szablon w oparciu o ten z bloggera.
A co tam, wstawię od razu: 

I jeszcze całe zdjęcie z zakładki:


Którego z BTR lubisz najbardziej?
Najbardziej Kendalla. Od samego początku. To właśnie na niego mam najwięcej najlepszych pomysłów. Mam ze trzy tysiące jego zdjęć i uwielbiam go słuchać.

Ulubiony kolor?
Zielony. Wciąż.

Ulubiony przedmiot szkolny?
Wiedza o społeczeństwie.

Jakie gatunki książek lubisz najbardziej?
Najbardziej chyba fantasy, ostatnio wzięłam się za coś z zupełnie innego wora, czyli „Za zamknie tymi drzwiami” i nie wykluczone, że sięgnę po kolejny Thriller. Kocham książki Cassandry Clare. Po prostu uwielbiam tę kobietę. Za bardzo nie mam czasu na czytanie dłuższych rzeczy, bo mam za dużo roboty, ale udało mi się z tego wybrnąć i uderzam w audiobooki.

Jakich masz idoli?
No, to chyba najtrudniejsze pytanie. Nie wiem, czy chłopaki z BTR się liczą. Ostatnio, czyli odkąd piszę to opowiadanie, najbardziej podziwiam... Rachel Khoo. Ma świetne pomysły, wspaniale gotuje... I marzę o jej książce.

Jakie filmy oglądasz?
Uwaga, zajedzie tandetą. Superbohaterskie. Fakt, uwielbiam seriale medyczne, ale bardzo często sięgam po jakiś film, bo lubię jakiegoś aktora/aktorkę, który tam występuje. Ostatnio dla Ryana Reynoldsa obejrzałam „Amitiville”.

Co lubisz robić w wolnym czasie?
Piec. Wymyślam własne ciasta, modyfikuje przepisy, dodaję różne dziwne rzeczy i tak dalej. Dawno nic nie upiekłam. Jakoś nie mam świeżych pomysłów, ani nie znalazłam ciekawego przepisu.

Masz już jakieś plany na przyszłość?
A to zostanie moją tajemnicą.

Masz rodzeństwo?
Cioteczne się liczy?

Gdybyś dalej pisała,to jak potoczyłyby się losy Clover? (Wiem,że to trudne pytanie)
Pojęcia nie mam, poważnie. Musiałabym się nad tym zastanowić. Zakończyłam opowiadanie tak, żeby życie Clover wróciło do punktu wyjścia, a chwilowa przeprowadzka do domu chłopaków była swojego rodzaju przewrotem.

Masz jakieś zwierzęta?
Mam kota. Nazywa się Magnus. Dostał imię... po kimś z książki.

Jaki jest Twój ulubiony serial?

Mój ulubiony serial właśnie dobiegł końca. Mówię o „Teen Wolfie”, którego oglądałam kilka lat. Szkoda, że to koniec. Wiem, ma być sequel, ale to już nie będzie to samo.

Masz jakieś rzeczy, które przynoszą Ci szczęście?
Podobno mój żółty pendrive, ale nie mam na to dowodów.

Napiszesz może kontynuację tej książki?
Raczej nie.

Wyszło trochę długo, ale mam nadzieję, że tyle Wam wystarczy. Nie wykluczam edytowania posta, żeby wstawić jeszcze kilka zdjęć. Na razie zostaje to tutaj.
A jeśli Wam jest mało, to jutro pod Spisie Treści będą linki do moich pozostałych blogów.

Trzymajcie się! I do zobaczenia na Tlenie, o ile tam wpadniecie.  

środa, 20 września 2017

Pytanie&Odpowiedź?

Witajcie!
Dzisiaj, tak jak zapowiadałam, zbieram pytania na Q&A, ale to chyba wyjdzie coś w rodzaju wywiadu prasowego. Możecie zadawać pytania zarówno mi, jak i bohaterom, o których czytaliście na Tym blogu w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Notkę planuję na przyszły piątek i mam nadzieję, że będziecie z tego zadowoleni. Mam nadzieję, że będę miała na co odpisywać. 
Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 15 września 2017

Rozdział 25, W którym Clover wyprowadza się z domu chłopaków

Już prawie koniec wakacji. Wiedziałam, że najlepiej byłoby od razu się spakować, skoro wyjeżdżam za dwa dni, ale najpierw musiałam coś załatwić.
Zostawiając rozgrzebaną walizkę, wyszłam z domu z kilkoma dolarami w kieszeni i jedną wydrukowaną kartką. Kartką z nocnym czatem, który przeprowadzili beze mnie. Tak naprawdę tylko Sam wydawała się w porządku. Z wyjątkiem Martina, który jest moim najlepszym przyjacielem, odkąd go poznałam. Wzięłam głęboki oddech i zsiadłam z roweru. Widziałam, jak Sam, Angeles, Nick i Martin siedzą w pizzeri. Przy stoliku na dworze.
-Cześć. - powiedziałam, podchodząc do nich bliżej i siadając obok Martina.
-Cześć, miałaś sprawę. - odpowiedziała Angeles, opierając się łokciami o stolik.
-Chodziło mi o to. - oznajmiłam, kładąc przed nią kartkę.
Zrobiła zaskoczoną minę. Otworzyła szeroko usta, widząc co jest tam napisane. Sam nie wytrzymała i wyrwała jej kartkę z dłoni. Nie była tak bardzo zaskoczona jak Angeles.
-Mówiłam, że to przeczyta. - powiedziała cicho, wycierając nos.
-Clover, my... - zaczął Nick, nie musząc patrzeć na wydruk.
Patrzyłam Angeles prosto w oczy. A przynajmniej próbowałam, bo ta uparcie unikała mojego spojrzenia. Zagryzłam wargę, widząc kątem oka, jak Martin zabiera kartkę i zaczyna czytać wydrukowany na niej zrzut z ekranu.
-Tłumaczyłam jej, że się myli. - Sam w końcu przerwała milczenie. - Ale ona nie chciała słuchać. Ułożyła sobie własną wersję.
-To jest jakiś żart? - prychnął Martin, odkładając kartkę na stolik. No jasne, od miesiąca nie ma internetu. - Na prawdę tak o niej pisaliście? Jak mogliście? To nasza przyjaciółka.
-Bardziej Twoja. - odparowała Angeles, kręcąc głową.
-Tyle nam wszystkim pomogła! - wycedził przez zaciśnięte zęby. - Kryła Cię przed Fisherem, kiedy nie zrobiłaś projektu. Pożyczała kasę, kiedy tego potrzebowaliście. I tak, jak zauważyła Sam. Nie ponaglała, kiedy długo jej nie oddawałaś.
-Zamknij się. - warknęła. - Tak jej bronisz, bo Ci stawia, ta...
-Dla mnie wszystko jest jasne. - przerwałam jej, wstając z ławki. - Drugiego dnia szkoły oddam swój profil. Nie będę go prowadzić z kimś, kto mnie nie szanuje.
Okrążyłam stolik, kładąc dwa dolary na stoliku. Wypadałoby coś zostawić, skoro chwile tu siedziałam. Już wsiadałam na rower, kiedy zauważyłam, że Nick i Sam podchodząc do mnie bliżej.
-My też zrezygnujemy. - powiedziała Sam, kiedy przełożyłam nogę przez damkę roweru. - Nas też Angeles nie rozpieszczała.
-Na prawdę, czasami jest nie do zniesienia, a Ty jako pierwsza powiedziałaś jej dwa słowa prawdy.
-Tak na serio trochę więcej niż dwa. - dodała Sam.
-Nie wymagam tego od Was. - pokręciłam głową.
-Ale My tego chcemy. - zawołała Sam.
Rzuciłam krótkie spojrzenie na stolik, przy którym jeszcze przed chwilą siedziałam. Widziałam, jak Martin wciąż ochrzania Angeles. Coś żywo gestykulował. A ona nawet nie była w stanie się przedrzeć przez jego słowa.
-To... Widzimy się na rozpoczęciu roku szkolnego? - zapytała nieśmiało Sam.
-Pewnie. - odwzajemniłam jej uśmiech. - A teraz naprawdę muszę już jechać. Cześć.

Kiedy wróciłam do chłopaków, wciąż nie wrócili z pracy. Może to i lepiej, pakować się pod ich nieobecność. Później wszystko będzie gotowe. Poza tym i tak muszę to zrobić, bo nikt mnie nie wyręczy, a im szybciej, tym lepiej.
Było mi tu dobrze, ale najwyższy czas się rozstać. Wiem, że to wszystko jest inne niż wygląda, ale najwyższy czas wracać do rodziców, bo jutro rano też będą już w domu.
Rodzice... zdaje się, że oni nie wiedzą, że ja wiem. I dobrze. Jeśli chcą, żeby wszystko było po staremu, okey. Poza tym na moim koncie założonym przez Bree jest już niezła sumka. Kiedy Peter się o tym dowiedział, wpłacił tam całkiem sporo. Powiedział, że jeśli chcę, mogę się wyprowadzić od rodziców chociażby w dzień osiemnastych urodzin. No i jeszcze jedno. To, co zrobił Martin, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Po prostu szok, dramat i destrukcja. Wyobraźcie sobie, że złożył oficjalną skargę na swoich rodziców, przez co zostali aresztowani. Musi iść do domu dziecka razem ze swoimi dwoma braćmi i nawet się z tego cieszy. Kiedy odkrył, że oboje włamali się do antykwariatu z numizmatami i część już zdążyli spieniężyć, pojechał do Sam, a ona od razu poprosiła o pomoc swojego tatę policjanta. W końcu już samo pijaństwo jest kary godne. I w ten oto sposób Martin będzie miał każdego dnia czyste ubranie.
-Lepsze to, niż miałbym chodzić głodny i niewyspany. - powiedział mi jeszcze tydzień temu.
-Wiesz, ze zawsze możesz mnie poprosić o co tylko chcesz. - powiedziałam szczerze, ale on tylko pokręcił głową.
-I tak już nieźle Cię wykorzystałem. - odpowiedział. - Wciąż się zastanawiam, jakim cudem zdołałaś to wszystko przed nami ukryć.
-Normalnie. - wzruszyłam ramionami. - Żyłam oszczędnie, chodziłam w ciuchach ze sporej przeceny, wkładałam ubrania po starszej siostrze... W kieszeni zawsze miałam najwyżej dychę...
-Fakt, to mogło nieźle namieszać w głowie. - przytaknął, śmiejąc się pod nosem.
Przyjrzałam mu się. Wyglądał inaczej. Znacznie bardziej świeżo i jakby był bardziej elegancki niż zazwyczaj. Musiałam go o to zapytać!
-Nowa koszula? - zmieniłam temat, ale tego nie pożałowałam.
-Tak, od Roberta. - odparł, patrząc na niebieską kieszonkę na piersi. - Kiedy się wyprowadzał z pokoju, zostawił mi swoje najlepsze ciuchy. Twierdzi, że już ich nie potrzebuje, bo i tak musi zmienić całą swoją garderobę ze względu na pracę.
-Miło z jego strony. - skwitowałam.
-Gdyby nie mili ludzie, zginąłbym marnie. - podsumował.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając to spotkanie. Wyglądał na zadowolonego. Poza tym nie miałam zamiaru dyskutować z Angeles, ale nie zawsze muszę być wyrozumiała. Może zacznie inaczej traktować resztę ludzi... kto wie? W ogóle, w zeszłym tygodniu zmiany zaczęły być bardziej odczuwalne niż wcześniej.
Zamknęłam swoją walizkę z ubraniami. Jeszcze tylko książki. Teraz nie zostało ich wiele, bo w ostatnim tygodniu Kendall i Logan systematycznie zawozili moje mniej potrzebne tymczasowo rzeczy do domu, przez co miałam odrobinę mniej pakowania.
Z książkami problemu nie było. Wsadzę do nich jeszcze kosmetyki, jutro rano. W prawdzie mam być w domu jeszcze przed rodzicami, ale jak znam życie, nawet nie będą mieli ochoty się przywitać. Za bardzo nie darzymy się miłością, a szkoda.
Powiedzmy, ze wszystko już gotowe. Postawiłam walizkę przed drzwiami pokoju i zbiegłam na dół. Byłam zaskoczona, kiedy zobaczyłam Rachel stojącą w kuchni.
Tak na marginesie. Jej związek z Carlosem wskoczył na wyższy poziom. Carlos się jej oświadczył, a ona przyjęła. I fajnie, bo tworzą razem naprawdę zgraną parę.
-Nie wiedziałam, że masz dzisiaj przyjść. - powiedziałam, podchodząc bliżej. - James Cię namówił do gotowania obiadu, prawda?
-I tak i nie. - odparła, przekręcając naleśnika na drugą stronę. - Zrobię jeszcze kolację. Chyba nie sądziłaś, że przegapię pożegnanie z przyjaciółką.
-Daj spokój, nie wyprowadzam się na koniec świata, tylko wracam do domu. - wywróciłam oczami, unosząc ręce. - Poza tym, jeszcze będziemy się widywać. Obiecałam wpadać co sobotę na kolację, pamiętasz?
-Pamiętam, ale to nie będzie to samo. - przyznała. - Poza tym w przyszłym tygodniu się wprowadzam. Chciałam wcześniej, ale Carlos uparł się na remont pokoju.
Zachichotałam, znając opór Carlosa. Remont pokoju, żeby dostosować się do dziewczyny... niby nic nadzwyczajnego, ale z własnej inicjatywy... To już nie takie częste.

Kolacja w domu chłopaków była... dla mnie. Poważnie. Chcieli mnie „pożegnać”. Zachowywali się, jakbym wyjeżdżała na drugi koniec świata, a nie miasta. Oj, jacy oni słodcy... Wiem, ze to właściwie rodzina. I tak powinno być, ale w domu jedyną osobą, która o mnie dba, jest Olga. Co innego, że rodzice jej za to płacą, ale i tal jest kochana.
Powitanie rodziców było takie, jakie wiedziałam od samego początku. Szorstkie „dzień dobry” i „idziemy odsypiać podróż”. W prawdzie Olga powiedziała, żebym się tym nie przejmowała, bo oni tacy już są. Poza tym wyjawienie Martinowi prawdy o mojej majętności jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło. Nie da się ukryć, że życie z rodzicami pod jednym dachem i to takimi, którzy praktycznie nie mają dla Ciebie czasu jest trudne, ale przynajmniej mnie nie krzywdzili.
Rozpoczęcie roku odbyło się jak zawsze. Białe koszule, rozchodzone lakierki i... zupełnie osamotniona Angel. Przez chwilę było mi jej szkoda, ale kiedy podeszli do mnie Sam i Nick, natychmiast odcięłam się od tych myśli.
-Może damy jej jeszcze jedną szansę, co? - zapytałam, kiedy Martin koło nas usiadł.
-Nie radziłbym. - oznajmił rzeczowo Nick. - Potraktowała nas bardzo przedmiotowo.
-Poza tym tak zmyłem jej głowę, że musiałaby być największą egoistką, żeby tego nie zrozumieć. - dodał Martin, pochylając się między naszymi głowami.
Sam uśmiechnęła się szeroko. Mrugnęła do mnie i chłopaków, po czym pokiwała głową.
-Damy. - oświadczyła natychmiast. - Tylko nie od razu.
Koniec!
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
No i... Wyjaśniłam resztę i można już się żegnać. No, jeszcze nie, bo obiecałam Wam Q&A, tak na pożegnanie. Potem będą wszystkie podziękowania i tak dalej. Mam nadzieję, że od środy(13 września) do piątku (22 września) będę miała na co odpisywać. Fajnie by było, pożegnać tego bloga z przytupem, mimo że był krótki.

No dobra, mam nadzieję, że ostatni rozdział się Wam podobała. Liczę na Wasze komentarze. Do zobaczenia w środę, trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 8 września 2017

Rozdział 24, w którym Clover dowiaduje się prawy o swojej rodzinie

Minęły dwa tygodnie. Dwa wspaniałe tygodnie, w których miałam okazję poczuć się jak normalna dziewczyna w moim wieku. Może nie mam paczki rozrywkowych przyjaciół, ale dzięki chłopakom było bardziej niż znośnie. Po wykonaniu trzeciego (uzupełnienie zapasów), czwartego (sortowanie) i piątego (pranie) kroku, James wysuszył ubrania i przekazał je Carlosowi. Znowu był czwartek.
Mimo, że to James był mistrzem prania, w prasowaniu to Carlos zdecydowanie wymiatał. Godziny precyzji w kółku modelarskim wykształciły w nim niezłe poczucie szczegółu, a to znaczyło, że pobiłby zawodową gosposię. Przynajmniej w dziedzinie prasowania i nakrywania stołu.
-Clover, jutro Peter przyjeżdża! - zawołał Logan, nakładając porcjowany omlet.
-Wiem. - odparłam, ale dosyć smętnie.
-Nie cieszysz się? - zmarszczył brwi, kiedy usiadłam przy stole.
-Cieszę się. - odpowiedziałam, sięgając po łyżkę. - Ale trochę się boję. W końcu mamy się spotkać we czworo. I chyba obawiam się głównie Adrianny.
To nie było nic nowego, ale teraz, kiedy żułam ten przeklęty omlet i sosie śmietanowym (pokrojony na małe kawałeczki), jeszcze bardziej zdawałam sobie sprawę, że nie powinnam tak bardzo naciskać na Bree, która musiała się przyczynić do tego spotkania. Jej znajomości organizatorskie okazały się bardziej przydatne, niż mi się wydawało.
-To gdzie się widzicie? - zapytał, kiedy Kendall usiadł przy stole.
Tak a'propo... po rozmowie z Jamesem, który po zrobieniu prania uciął sobie z nimi długą pogadankę za zamkniętymi drzwiami, wszystko wróciło do normy. Przez chwilę zastanawiałam się, co on im powiedział, ale wiadomo, że pewne rzeczy powinny pozostać tajemnicą.
-W kawiarni, w centrum. - odpowiedziałam. - Jedyny lokal, który miał niezarezerwowany prywatny pokój. Właściwie nie wiem, czemu tak zależy im na prywatności. Nie ogarniam tej sprawy.
Pokręciłam głową, mieszając usmażoną masę jajeczną z pokrojonymi szparagami.
-To delikatna sprawa. - wtrącił Kendall. - Musisz zrozumieć, że dla nich to też nie jest łatwe. Gdybym nie wiedział o co chodzi, pewnie bym myślał, że wstydzą się pokazać w Twoim towarzystwie.
Ale wiedział o co chodzi. Po mojej „chwili słabości” (jak raczył to nazwać Carlos), Logan podzielił się z nimi swoimi podejrzeniami odnośnie naszego ojcostwa. Razem uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Nie tylko dlatego, że to działo na moją świadomość, ale i tak nie chciałam przy tym być i jak gdyby nigdy nic odpaliłam grę na komputerze.
-Idziecie dzisiaj do pracy? - zapytałam, wiedząc że czasami zwyczajnie się nie śpieszą, a czasami mają wolne. Skąd miałam wiedzieć, kiedy jest kiedy?
No fakt, pewnie od nich.
-Idziemy, ale dopiero na południe. - odpowiedział Carlos, mając buzię pełną jedzenia. - Derek jest teraz znacznie bardziej wyrozumiały. Już się baliśmy, że nam nie wybaczy po tej akcji Logana.
Uśmiechnęłam się pod nosem na wspomnienie tego incydentu, który odwalił wtedy Logan. Wynająć kobietę, która buduje reputację gwiazd na skandalach i nic poza tym? Niezła żenada.
-Ja bym wcale nie był zaskoczony. - James wzruszył ramionami. - Wiecie, jeśli to mnie ktoś by wykręcił taki numer, to chyba miałbym mu za złe do końca życia. Derek urabia się dla nas po łokcie i cierpliwie znosi wszystkie nasze problemy. Nie możemy iść na wywiad, bo Kendall zachorował? Nie ma sprawy. Wszystko da się przełożyć. Logan leży skacowany i nie dotrze do pracy? Tak organizuje plan, żeby nakręcić tylko te ujęcia, w których nie musi uczestniczyć.
Z tego, co mówił James, ten Derek wiele dla nich robił. Kendall miał jego życiorys w komputerze. Absolwent socjologii, pełny kurs zarządzania i prawo jazdy na autobus, chociaż właściwie nie wiedziałam po co. Nic dziwnego, że oczekiwał przynajmniej minimum szacunku.
-Coś w tym jest. - skwitował Kendall, rozlewając sok do szklanek. - Tak, czy owak, nie będzie nas na obiedzie, ale na pewno wrócimy na kolację. O trzeciej przyjdzie Rachel, żeby trochę pogotować. Wie, że musisz wyjść po czwartej, żeby zdążyć. Nie robiła żadnych problemów.
Rachel jest w porządku. Od dawna to wiedziałam. Lisy od Kendalla, wcześniej Logana, nie widziałam od lat. Szczerze powiedziawszy miałam wtedy sześć lat i nie jestem w stanie stwierdzić, czy by mnie w ogóle poznała.
Uśmiechnęłam się nad jedzeniem, wyobrażając sobie chwilę podobną do tej z pierwszego spotkania z Rachel. Jakoś nie byłam w stanie sobie przedstawić chwili, kiedy Lisa leży na Kendallu w tej swojej długiej spódnicy. Chociaż możliwe, że już nie jest dzieckiem kwiecia. Jak mówi Olga: „Z tego i z wielu innych rzeczy po prostu się wyrasta”.

Rachel przyjechała znacznie wcześniej niż zapowiadali chłopaki. O pierwszej już jej rower stał przy murku, a o drugiej rzuciła się w wir przygotowania deseru, który musiał się dobrze schłodzić przed siódmą. Jedyne, co widziałam, to dużo czekolady.
Teraz siedziałam na głównych schodach do domu chłopaków. Taka moja własna samotnia. Miejsce, gdzie mogę sobie na spokojnie pomyśleć. Miejsce, gdzie miałam dobry widok na podjazd i miałam za plecami szybką drogę ucieczki do środka.
-Proszę. - usłyszałam za plecami głos Rachel. - Na poprawę nastroju i dodanie odwagi.
Odwróciłam się. Zobaczyłam jej uśmiech i wyciągniętą rękę, która trzymała pucharek z brązowym kremem. Rozpoznałam naczynie, które ostatnio kupiła dla nich Bree.
-Dzięki. - odpowiedziałam dosyć smętnie.
-Co jest? - zapytała z niepokojem. - Wiem, że mój mus czekoladowy nie rozwiąże wszystkich problemów, ale wiedz, że pomaga.
Uśmiechnęłam się pod nosem. Dobrze było wiedzieć, że obok ma się kogoś z niemierzalnym optymizmem. To była zdecydowanie jej dobra strona.
-Clover, posłuchaj. - powiedziała, znacząco unosząc rękę. - Twoje życie jest jak Twoje własne, autorskie danie. Musisz sama zdecydować, czym je przyprawisz, bo inaczej nie byłoby Twoje.
-Chcesz powiedzieć, że... - zaczęłam, ale natychmiast przerwałam.
Powoli dochodził do mnie sens jej słów. Może miała trochę racji? Może nie powinnam pozwalać, żeby inni wciąż za mnie decydowali.
-Chcę powiedzieć, że sama musisz zdecydować, kim masz być. Nikt inny nie może tego za Ciebie zrobić. - wyjaśniła, wywracając oczami. - Poza tym, wiesz, że zawsze Ci pomogę.
Uniosłam brwi i obróciłam się, żeby na nią spojrzeć. Widząc moją minę, tylko zachichotała.
-No przecież jesteśmy przyjaciółkami. - stwierdziła.

Rachel miała rację. Po jej musie czekoladowym naprawdę było mi lepiej. Pozytywnie nastawiona, wsiadłam na rower i pojechałam do centrum. Będzie co ma być. Z resztą i tak to już się stało i ja mam się teraz tylko o tym dowiedzieć.
Jednak wykonanie okazało się nie równać z zamiarami i pozostawiały je daleko w tyle. Z całości zdałam sobie sprawę, kiedy zobaczyłam Petera. Nie zmienił się za wiele, ale był wyraźnie spięty. Ktoś, kto go nie zna mógłby powiedzieć, że on cały czas jest spięty, ale wierzcie mi... to jeden z najbardziej wyluzowanych gości, jakich znam.
-Cześć, siostrzyczko. - powiedział z uśmiechem, przyciągając mnie do siebie.
Był znacznie bardziej spięty niż mi się wydawało. Jego ramiona były sztywne, a mięśnie twardsze niż ostatnio. Odwzajemniłam jego uścisk i pogładziłam jego plecy. Zwykle to działało, ale teraz się nie rozluźnił. Mam się dalej bać.
-Hej. - odpowiedziałam. - Masz gdzie spać?
-Tak, mieszkam u kumpla z fundacji. - odpowiedział, prowadząc mnie do środka.
Bree i Adrianna już czekały na nas w prywatnym pokoju. Im bliżej stolika, tym bardziej się bałam. Uniosłam brwi, siadając obok Petera, naprzeciwko Bree.
Stolik miał sześć miejsc, więc dwa pozostały wolne. Pokoik był brązowy, większość dekoracji było z lakierowanego drewna, a na stole stały już talerze i filiżanki z herbatą.
-Chyba już możemy zaczynać. - oznajmiła Adrianna, nie kłopocząc się z żadnym powitaniem. - Zechcesz czynić honory?
Spojrzała wymownie na Petera, na co ten wziął głęboki oddech. Wiedziałam, że nie będzie łatwo.
-Teoria Logana jest prawdziwa. - oznajmił, spoglądając na mnie bezpośrednio. - Każde z nas ma innego ojca. Tylko... wcale nie było tak, jak Ty podejrzewasz.
-A jak? - zmarszczyłam brwi, odwzajemniając jego wystraszone spojrzenie.
Coraz bardziej przestawało mi się to wszystko podobać. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale bałam się, że to mnie przerośnie. I oni dobrze o tym wiedzieli, ale zdawali sobie sprawę, że bez względu na wszystko trzeba brnąć dalej.
-Urodziliśmy się przez in-vitro. - wyjaśniła Bree, składając dłonie przed sobą. - Tata jest bezpłodny, ale bardzo chciał mieć potomka.
Wcześniej z trudem zachowywałam spokój, ale teraz czułam, że mogę odetchnąć z ulgą. W końcu lepsze in-vitro niż zdrada. Poza tym jest jeszcze dalsza część historii. Czy wyjaśnień, jak to nazywał Peter. Brzmiało, jakby tego od nich bezwzględnie żądała, ale po rozmowie z Bree wiedziałam, że jak już powiedzieli A, to trzeba powiedzieć B.
-Pierwszy był Peter. - oznajmiła Adrianna. - Ale z nim był jeden problem. Pamiętam, kiedy jeszcze był mniejszy. Rodzice zapraszali inwestorów, a oni myśleli, że nie jest ich synem. Byli pewni, że jest adoptowany. Na pewno przez włosy. Miał takie jasne, odkąd tylko pamiętam. Ja byłam kolejną próbą. Wtedy zaczynali sprawdzać ojców, oczywiście półlegalnym sposobem. Jak się okazało po fakcie. I wyszło, że był żydem. A matka ma do nich jakąś awersję, nawet dokładnie nie wiemy dlaczego.
-Później ja. - Bree ciągnęła dalej. - Na początku wszystko było w porządku. Zdrowa dziewczynka, rozwijała się prawidłowo, ale kiedy podrosłam moje oczy zaczynały się robić coraz bardzie skośne. I wtedy spróbowali po raz czwarty.
-I urodziłaś się Ty. - powiedział Peter, brnąc w całą historię. Jednak czułam, że to jeszcze nie wszystko. - Byłaś najbardziej obiecująca, ale rodzice się dowiedzieli, dlaczego Twój biologiczny ojciec sprzedał spermę. To hazardzista. Potrzebował na długi w kasynie. I wtedy rodzice zaczęli się bać, że będziesz uzależniona, tak jak on.
Popatrzyłam po nich z zaskoczeniem. Miałam tak wiele pytań, ale wiedziałam, że mogę zadać tylko te najtrafniejsze. Musiałam wybierać.
-A jak Wy się dowiedzieliście?
-Kilka lat temu potrzebowałam przeszczepu wątroby, pamiętasz? - odezwała się Bree, już łatwiej dobierając słowa. - Okazało się wtedy, że mój ojciec był nie tylko Azjatą, ale i alkoholikiem. Marskość wątroby rzadko jest dziedziczna, ale ja miałam wyjątkowego pecha, bo mój przypadek okazał się wyjątkowo poważny.
-Miałem być dawcą, ale moja wątroba się nie nadawała, mamy inną grupę krwi. Bree ma B plus, a ja AB minus. - oznajmił Peter. Widziałam, że teraz był znacznie bardziej rozluźniony. - Wtedy urządziliśmy małe śledztwo i wszystkiego się dowiedzieliśmy.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
No i wyszło szydło z worka. Nie, nie chodzi o naszą panią premier. Uprzedzałam, że będzie afera rodem z „Trudnych Spraw”... No, ale z momentu rozmowy z Rachel jestem dumna. Tak naprawdę powstała już przy pisaniu szóstego rozdziału i tylko czekałam, aż przyjdzie mi ją dopiąć na ostatni guzik. Dlatego mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał. Liczę na Wasze komentarze, a teraz drobne ogłoszenie.
Po finale (który jest za tydzień) zrobimy sobie małe Q&A, więc będziecie mogli zadawać pytania zarówno mi, jak i bohaterom. Możecie dobierać pytania już teraz i zapisać je sobie gdzieś na boku, żeby wkleić je w komentarz pod postem, który pokaże się w przyszłą środę, w tę samą, kiedy będzie sześćdziesiąta czwarta notka na Tlenie. Myślę, że najpierw skończę Tlen, a dopiero potem zacznę kolejną historię, która nawet nie jest wymyślona.
Dobra, już Was nie męczę. Trzymajcie się! Cześć!



piątek, 1 września 2017

Rozdział 23, w którym Logan organizuje Kendallowi randkę. Znowu.

-Kendall! - zawołał Logan, budząc mnie wcześnie rano.
-Nie! - odkrzyknął, kiedy usiadłam na łóżku.
-Kendall!
-Powiedziałem nie!
Cudownie. Kolejny dzień zaczyna się od kłótni. Może ich konflikty nie trwały tak długo, jak te które znałam wcześniej, ale bądźmy szczerzy. To nigdy nie jest nic miłego.
W czwórce tych czterech przyjaciół, nazywanych komercyjnie jako „Big Time Rush” to Kendall był od łagodzenia konfliktów. I tutaj był jeden minus. Kiedy Kendall się z kimś kłócił, bo różnili się swoimi przekonaniami, kłótnia była odrobinę dłuższa, bo nie było kogoś, kto wykonałby dotychczasowe zadanie Kendalla i zaproponował jakiegoś normalnego kompromisu. A w takich sytuacjach, zanim do Kendalla i do jego partnera od konfliktu dojdzie, że to dziecinne i trzeba dojść do porządnego porozumienia, obaj zdążą się już porządnie pokłócić.
-Co wy robicie? - jęknęłam, wychodząc z pokoju i zerkając na drzwi pokoju Jamesa. Wciąż były zamknięte. - Jak obudzicie Jamesa, to nieźle Wam się oberwie.
-Jeśli już to jemu. - Kendall wskazał brodą na Logana. - Powiedz mu, żeby przestał bawić się w swatkę i dał mi wreszcie spokój.
-Logan, co znowu zrobiłeś? - westchnęłam, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
-Nic nie zrobiłem. - oznajmił, unosząc ręce w obronnym geście. - Po prostu dowiedziałem się, że dziewczyną Kendalla, o której nie chciał nikomu powiedzieć, jest Lisa Hathaway.
-Lisa? - zmarszczyłam brwi, przypominając sobie nazwisko. - Lisa, Twoja była z liceum?
-Dokładnie, okazało się, że pracuje w ochronie. - kiwnął głową. - Więc teraz chcę się zachować jak dobry przyjaciel, którym jestem i dać swojemu przyjacielowi, kilka dobrych rad.
Coś za dużo tego słowa „przyjaciel”.
-Tylko, że ja nie chcę żadnych twoich rad! - wrzasnął, czym nieźle mnie zaskoczył. Nigdy nie sądziłam, że zobaczę go tak wściekłego.
-Stary... - zaczął Logan, wywracając oczami. - Lisa jest jak test, na który znam odpowiedzi. Więc pozwól, że Ci te odpowiedzi podam.
-Nie. - odpowiedział spokojnie, ale stanowczo.
-Wiesz co? - zaczęłam, krzyżując ręce na piersiach. - Nie dziwię się, że nie chciał Ci powiedzieć.
W sumie to nikomu nie chciał powiedzieć, ale powiedzmy sobie szczerze: Tylko ze względu na Logana. Bo ja bym mu powiedziała. Chcący, czy niechcący, ale prędzej, czy później puściłabym parę z ust. W końcu chodzi o jego byłą, w dodatku taką, która bardzo lubiłam.
-Wiesz co? - Logan zmarszczył brwi. - Nie wiedziałem, że jesteś taka okrutna.
-Czasami trzeba. - wzruszyłam ramionami. - Dobra, idę do łazienki, zanim James się obudzi i zamknie się tam na godzinę.
A wiedziałam, jak długo potrafi tam siedzieć. Wróciłam do pokoju i wyjęłam z szafy jakieś spodnie. Dzień prania, tak zwany „praniowy czwartek”. Przynajmniej tak mówił na to James, który tego dnia miał niezwykle precyzyjne nawyki. Zaraz po porannej toalecie sprawdzał, czy na pewno są wszystkie proszki, płyny i co najważniejsze, czy pralka działa. Drugi krok szedł już z górki.
-Hej, macie coś do prania? - wołał, chodząc po całym domu z koszem na brudne ubrania. Na czyste był drugi. Sama nie wiem, jak on to odróżnia. Są identyczne. Nawet, jak Kendall dla żartu zamienił je miejscami, to ten wraz się zorientował, że coś nie gra. - Clover?
-Odłożyłam wczoraj wieczorem. - odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, wciąż pochylając się nad magazynem dla nastolatek. - Trzy koszulki i dwie pary spodenek. Bieliznę uprałam sobie sama.
Później razem jadą do pracy. Derek przywrócił im normalny tryb roboczy. Sama nie miałam ochoty stąd wychodzić. No, może tylko na wrotki, ale nie miałam zamiaru iść do domu kultury. Na pewno natknęłabym się na kogoś znajomego. Trochę pojeżdżę po ulicy, kupię sobie cheeseburgera, potem drugiego, zajrzę do retro kina i wrócę do domu.
Swoją drogą, nie miałam pojęcia, jak cała piątka zmieściła się do małego samochodu Logana. Wiem, że on nie lubi, kiedy ktoś się wyśmiewa z jego samochodu, ale na serio. Samochód Carlosa był w warsztacie i na razie nie było najmniejszych szans, żeby go w tym tygodniu odzyskać.
Poza tym musieli jeszcze zawieźć Rachel do restauracji, bo miała spotkanie z czytelnikami, a Carlos nie chciał, żeby traktować jego dziewczynę, jak zakupy z supermarketu, bo Logan rozważał wepchanie jej do bagażnika, a ja do tej pory się zastanawiam, czy na pewno żartował.
Wiem, trochę to porypane, nawet jak na nich.

Przed południem już byłam na wrotkach, jeździłam coraz lepiej, a patrząc na to, co mówiła Hayden, dość szybko mi to poszło. Z nią też nie chciałam się widzieć. Nie wiem, czemu, ale nie miałam ochoty na rozmowy. Fajnie jest zamienić kilka słów, ale to nie zawsze jest to, czego potrzebujemy.
-Ser, czy wołowina? - zapytał radośnie chłopak sprzedający w jednej z budek.
-Ser. - odpowiedziałam, cierpliwie czekając aż zrobi burgera.
Popatrzyłam na niego. Był szczęśliwy. Miałam przed sobą dowód, że można być szczęśliwym, pracując w budzie z fast foodem. Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając Rachel, która jeszcze dzisiaj rano gotowała z dokładnie takim samym wyrazem twarzy. Może to gotowania wcale nie różni się tak bardzo od tamtego.
-Proszę. - oznajmił z szerokim uśmiechem, wręczając mi bułkę owiniętą w papier nieprzepuszczający tłuszczu. - Płacisz piec dolarów.
-Jasne, dzięki. - odwzajemniłam jego uśmiech, wręczając mu kilka banknotów jednodolarowych.
-Dałaś mi za dużo. - zawołał, kiedy już odjeżdżałam.
-Napiwek! - odkrzyknęłam.
Nie odwracałam się już do niego. Wiedziałam, że nie ma teraz czasu, zresztą i tak go nie znałam. Dobra, zastanawiałam się co tak naprawdę znajduje się w dzielnicy namierzania. Wiem, niebezpieczny rejom i jeśli mam być szczera, to było spore wyzwanie.
Ale nie. Wymiękam.

Kiedy wróciłam, chłopaków jeszcze nie było. Na moje nieszczęście widziałam po drodze Angeles i Martina we własnej osobie. Miałam farta, że włożyłam wrotki i zwiałam, zanim mnie zauważyli. Tak szczerze, to cieszyłam się, że to niedługo może zostać wyjaśnione i będę wiedziała na czym stoję. A teraz musiałam się tylko jakoś ogarnąć i dać sobie trochę czasu.
Trochę.
A może trochę więcej.
Ile trzeba.
Usiadłam na kanapie i otworzyłam gazetę z programem telewizyjnym. Musiałam jeszcze zrobić research na na temat tego serialu, który mam zamiar oglądać. Wypadałoby mieć przynajmniej prowizoryczny punkt zaczepienia.
-Cześć, już tu jesteś? - zapytał James, kiedy zastał mnie przed laptopem Kendalla na kolanach.
-Chciałam pojeździć na wrotkach po mieście, potem iść do dzielnicy w której rezydują narkomani, ale wymiękałam...
-I dobrze. - wtrącił, szukając czegoś w szufladzie.
-Później zobaczyłam Angeles i przyjechałam tutaj. - skończyłam i spojrzałam na niego z zaskoczeniem. - A Ty co tu robisz? Myślałam, że macie zostać w pracy do późna.
-Bo mamy. - odpowiedział, przeglądając jakieś papiery z szuflady. - Szukam dokumentów od karty kredytowej. Miałem ją w kieszeni i chyba ktoś ją ukradł. Albo mi wypadła.
Otworzyłam usta ze zdziwienia i spojrzałam na niego z zaskoczeniem. James zachował się nieodpowiedzialnie. Trzymać kartę kredytową gołkiem w kieszeni? I kto by pomyślał?

Była już szósta. Miałam ugotować obiad. Rachel dzisiaj nie miała zamiaru przychodzić, bo ma spore zaległości, ale wiedzieliśmy, że szybko to wszystko nadrobi. Poza tym skończyły mi się argumenty na ciągłe odwlekanie spotkania z Martinem, więc to też czekało mnie w najbliższym czasie. Nic, tylko czekać na telefon.
-Nie mam zamiaru Cię słuchać! - wrzasnął Kendall, trzaskając drzwiami.
Zmarszczyłam brwi, odkładając naczynie żaroodporne z zapiekanką do zamrażalnika. Wytarłam dłonie czystą ścierką i wyszłam do przedpokoju, żeby zobaczyć, co się dzieje.
-Stary, chciałem Ci tylko pomóc. - jęknął Logan, kiedy Kendall po raz kolejny go zignorował.
-Ale nie pomogłeś. - odkrzyknął, zrzucając buty ze stóp.
-Możecie mi wyjaśnić, co się z Wami dzieje? - zapytałam, kiedy James postawił na podłodze reklamówkę ze środkami chemicznymi.
Kendall spojrzał na mnie wymownie i wskazał brodą na Logana. Otworzyłam szeroko oczy, że prawie wypadły mi kontakty.
-Logan, tłumacz się. - zażądałam.
-Ja nic złego nie zrobiłem. - powiedział, wyraźnie akcentując słowo „złego”. - Chciałem tylko pomóc i zarezerwowałem stolik w ulubionej knajpie Lisy.
-Tak, a potem jeszcze zamówiłeś kapelę soulrocka i wynająłeś prywatną obsługę! - wyrzucił, upuszczając plecak na podłogę.
Spojrzałam na Logana, który tylko wzruszył ramionami. Ręce mi opadły. Jak można być kimś tak głupim? Wiem, Lisa to jego była, rozstali się w przyjaźni, ale obecnie nie miał z nią absolutnie nic wspólnego. A odkąd Logan pomaga Kendallowi w randce, tylko szkodzi zamiast pomagać.
-Nie dociera do ciebie, że tym razem Kendall chce zrobić to po swojemu? - zapytałam, zachowując spokój. - To jest jego związek.
-Serio Clover? - zapytał Carlos, składając bluzę, żeby można było ją włożyć jeszcze jutro. - Tyle masz do powiedzenia.
-Trzy razy mu to mówiliśmy. - dodał James, rozpakowując zakupy.
-Ale nie posłuchałem. - Logan znowu wzruszył ramionami.
-No to najwyższy czas, żebyś posłuchał. - oznajmiłam. - Zapiekanka będzie gotowa za dwadzieścia minut. Dokładnie tyle masz czasu, żeby przeprosić Kendalla.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
Tak, wiem, że dzisiaj tak jakby zaczyna się rok szkolny. Poza tym, kiedy publikowałam bloga, trochę się pomyliłam, bo miałam zamiar zamieścić ostatni rozdział właśnie dzisiaj, ale to jest tajemnica.
A jak się podobał rozdział? Popieracie Logana, czy nie bardzo. Mówiłam, że kiedyś bardziej przegnie i to się zdarzyło właśnie w tym rozdziale.
A jak Wam się podobał rozdział? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, bo to już prawie koniec, a potem tylko tlen zostanie. Trzymajcie się! Cześć!



piątek, 25 sierpnia 2017

Rozdział 22, W którym Clover dowiaduje się przykrej prawdy

Rachel i Carlos zdążyli dosłownie w ostatniej chwili. Żeberka były ledwo ciepłe, ale żadne z nich się za bardzo tym nie przejęło. Po prostu siedzieli i gapili się na siebie nawzajem.
Spojrzałam wymownie na Jamesa, ale on chyba nie bardzo załapał, o co mi chodzi. Po dłuższej chwili wywróciłam oczami i wstałam, ciągnąc go za sobą.
-Muszę jeszcze podziękować Clover. - powiedziała nagle Rachel. - Dziękuję za ten numer telefon. Do Bree, Twojej siostry. Kontaktowa dziewczyna. Po drodze byliśmy obejrzeć salę. Bajeczna.
Uśmiechnęłam się pod nosem, i kiwnęłam głową.
-Nie ma sprawy. - uśmiechnęłam się do niej, pomagając Jamesowi w oprzątnięciu niepotrzebnych rzeczy ze stołu. - To tylko numer telefonu.
Wzięłam głęboki oddech i obserwowałam Kendalla, który rozmawiał o czymś z Loganem w progu między częścią jadalnianą, a przedpokojem. Spojrzałam na nich z zaskoczeniem. Wyglądało, jakby mieli razem jakieś tajemnice. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, co jest grane. Kendall pytał mnie o Petera, Logan nie za bardzo utrzymuje z nim kontakty. Kendall chce od niego przyprawy z Australii, a Logan? Nie potrafię znaleźć rozwiązania!
-Czekaj... - zaczął Carlos, spoglądając to na mnie, to na Rachel. - Chcecie powiedzieć, że ta sala, którą chciałaś zobaczyć na przyjęcie swoich przyjaciół z Paryża... była zorganizowana przez Bree.
-Tak. - kiwnęła głową, jakby to było coś oczywistego. - Bree załatwiła wszystkie zmiany w pięć minut. Poszłam jej na rękę, bo klienci znowu się wycofali, a odwołanie rezerwacji w takim drogim hotelu kosztuje, bo to są straty dla załogi, więc... wystarczyło tylko w odpowiednim czasie zgłosić prze aranżowanie dekoracji i wszystko wyszło w jak najlepszym porządku.
-Sugerujecie, że za każdym razem, kiedy klient się wycofuje, to Bree musi pokrywać wszystkie związane z tym koszty?
-No tak. - pokiwałam głową, kiedy się zorientowałam, że patrzy właśnie na mnie. - Wiem, że to trochę dziwne, ale taka jest polityka firmy, a Bree czasami działa trochę za szybko.
Trochę to mało powiedziane. Jeśli chodzi o organizację sali, Bree jest jak błyskawica. W dwadzieścia minut ogarnia salę, zbiera odpowiedni zespół dekoratorski, a potem wszystko idzie z górki. Właściwie to ja powinnam podziękować Rachel, bo przyjazdem tych Francuzów uchroniła ją przed kłopotami finansowymi, które w tej branży często się sprawdzają.
-A widziałeś bar z przekąskami? - zauważyła Rachel, wspominając zorganizowane przez restauratorów miejsce na chrupkie jedzenie. - Smażone krewetki i frytki. Tylko jeszcze muszę się zastanowić nad smakami. Wiesz, kucharz chce znać wszystkie szczegóły.
-Właśnie, znałaś go wcześniej? - zapytał, kiedy ja i James zabraliśmy się za zmywanie talerzy. Znaczy, on zmywał, jak płukałam.
-Nie. - pokręciła głową. - Widziałam go po raz pierwszy w życiu. Ale okazało się, że on ukończył tę samą szkołę co ja, tylko dwadzieścia lat wcześniej. Nic dziwnego, że się dogadaliśmy.
Mówiła o tym, jak o czymś naturalnym. O czymś oczywistym. Przez chwilę próbowałam sobie wyobrazić Rachel jako mężczyznę około pięćdziesiątki, szefa hotelowej kuchni. Uśmiechnęłam się pod nosem, natychmiast odganiając od siebie te myśli. Ciekawe co by powiedziała sama zainteresowana, gdyby wiedziała jakie bzdury przychodzą mi do głowy.
Pokręciłam głową, odstawiając na górę ostatni talerz, żeby dobrze się wysuszył. Chwilę później James rzucił mi czystą ścierkę, żebym mogła wytrzeć mokre ręce.
Poszłam za Jamesem na górę. Taki był plan. Logan i Kendall tez praktycznie wychodzili. Zostawiliśmy Carlosowi i Rachel wolną przestrzeń.

Następnego dnia okazało się, że Rachel spała z Carlosem. Rano zastałam ją w kuchni i natychmiast wyjęłam jej z dłoni talerze, które zmywałam wczoraj po kolacji.
-Zostaw, powinnaś odpoczywać. - powiedziałam natychmiast, wkładając umyte naczynia do szafki.
-Już się w szpitalu napoczynałam, wierz mi. - oznajmiła, jednak pozwalając mi posprzątać do końca po wczorajszym. - Teraz mam ochotę coś ugotować.
-Bylebyś się nie nadwyrężyła, bo Carlos mnie zabije. - powiedziałam, zanim zdołałam się zorientować, jak głupio to brzmi.
-Ciebie? - zachichotała, wyjmując z drugiej szafki – Niby dlaczego?
-Że Ci pozwoliłam. - wymamrotałam. - A o tym, co się stało, nawet nie chciałaś mówić. Jasne, rozumiem to, bo to zdaje się, to nie są przyjemne wspomnienia.
Zdaje się... - prychnęłam w myślach. Na pewno. Znowu gadam głupoty. Na moje szczęście, Rachel była wyrozumiała.
-Masz rację. - pokiwała głową. - Po prostu czułam się bezsilna. Nie wiedziałam, jak się zachować. Wyszłam tylko do łazienki, bo miałam dodatkowe pięć minut, a stało się...
Pokiwałam głową, żeby dać jej znak, że jakoś ją rozumiem. Wiem, wypadałoby coś powiedzieć, ale ja po prostu nie wiedziałam co. Sama Rachel też nie była wylewna. Chciała to zatrzymać dla siebie. Jasne, jak słońce. Poza tym, nie miała jeszcze wyraźnych powodów, żeby mi ufać jak przyjaciółce.
-Dobra, to już nie ważne. - pokręciła głową, żeby się jakoś otrząsnąć. - A ponieważ w ciągu tego tygodnia strasznie tęskniłam za kuchnią, to teraz siadaj i daj mi coś zrobić po swojemu.
-Jasne. - zaśmiałam się, wychodząc z części kuchennej, ale byłam gotowa usiąść bardzo blisko. - Ale jakbyś potrzebowała pomocy, to mów.
Zastrzegłam, siadając naprzeciwko niej. Leniwie przyciągnęłam sobie stary komputer Kendalla, który Carlos zostawił wczoraj wieczorem. Chyba coś oglądali.
Zalogowałam się na swoją pocztę. Wiedziałam, że Peter jeszcze mi nie odpowiedział, bo uprzedzał, że tym razem to może trochę potrwać. Dużo pracy i jeszcze zamykanie projektów przed urlopem. I tak wiedziałam, że tam wróci, jak tylko tutaj wszystko sobie wyjaśnimy.
-Co sprawdzasz? - zaczęła, kiedy wyraźnie zrzedła mi mina przy czytaniu grupowego czatu, w którym ostatnio nie uczestniczyłam.
Nick: Słyszałaś coś o niej?
Sam: Nie, ale myślę, że coś jest na rzeczy. Ostatnio Martin dziwnie się zachowuje. Co o tym myślisz, Angeles?
Angeles: Nic nie myślę, ale wiem, że złego diabli nie biorą. A ona od początku wydawała mi się dziwna. Widziałam ten prezent, który dała Martinowi. Niezły antyk.
Sam: Niezła desperatka, kupuje sobie przyjaciół.
Nick: Nie mówcie tak. Wam nie raz pomagała, kiedy brakowało Wam kasy.
Angeles: Ale nie wiedziałam, że to taka mała suka.
Nick: Powiedziała ta, co wisi Clover jakieś dwie stówy. Naciskała kiedyś na Ciebie, żebyś jej szybko oddała?
Angeles: No nie, ale dobrze, że nie jest teraz dostępna.
Nick: Sama widzisz. Ciekaw jestem, co będzie, jak to przeczyta. Pewnie się na nas obrazi.
Sam: O ile w ogóle to przeczyta.
Angeles: No dobra, może się trochę zagalopowałam.
Sam: Jest późno. Muszę lecieć. Na razie.
Nick: Cześć.
Dalej rozmowa nie była kontynuowana. Czułam, że mam łzy w oczach. Chciałam to najprędzej ukryć. Może dzięki temu...
-Clover? - głos Rachel wyrwał mnie z zamyślenia. - Co się dzieje?
-Nic. - odpowiedziałam, starając się na obojętny ton.
Nie wiedziałam, że ona tak o mnie myśli. Uważałam ją za przyjaciółkę.

Rachel na mnie nie naciskała. To dobrze, bo sama nie wiedziałam, jak mam to ogarnąć. Wiedziałam, że sama dobrze wie, jak to dla mnie trudne. Już raz widziała jak ryczę.
Racja, czasami lepiej nie wiedzieć. To mniej boli. A może...
-Obłędny ten omlet. - powiedział Logan, wciąż mają pełną buzię. - Koniecznie musisz mi powiedzieć, jak go zrobiłaś.
Cała trójka popatrzyła na niego z zaskoczeniem. Miałam ochotę parsknąć śmiechem. Kiedy ich słuchałam, czułam jak poprawia mi się humor.
A jeśli tak wygląda rodzina, to nie chciałam się z tym teraz żegnać. To spore zobowiązanie, ale byłam w stanie się go podjąć. To na pewno byłaby taka namiastka normalności, której zawsze mi brakowało. Z drugiej strony, wiedziałam, że z początkiem września to wszystko się skończy i będę musiała wrócić do domu.
-Pomożesz mi posprzątać? - poprosił James, wytrącając mnie z zamyślenia.
-Jasne! - odpowiedziałam, wkładając swój talerz do zlewu.
-Chyba skończy się płyn do mycia naczyń. - oznajmił Kendall, nie podnosząc głowy znad gazety.
-Co Ty nie powiesz? - mruknął James, otwierając szafkę, do której nikt wcześniej nie zaglądał. Przynajmniej ja tego nie widziałam.
James zanurkował. Coś mocno chrobotnęło, chwilę później walnęło i James wynurzył się z głębin drewnianej jaskini, trzymając w ręku pięciolitrową bańkę z płynę do mycia naczyń.
-Wlejesz? - poprosił mnie, przekazując mi pojemnik.
-Już. - pokiwałam głową, sięgając po butelkę z płynem. Która teraz na razie była pusta.
Podsumowując. Przebywając u chłopaków nauczyłam się być kochaną. Przy okazji wyszło na jaw trochę moich sekretów, ale jeśli mam być szczera, to nawet dobrze. Bo przynajmniej wiem, kto pozostanie moim prawdziwym przyjacielem. Poza tym mam jeszcze jedno zadanie do wykonania. Pogadać z Angeles i ewentualnie wypisać się ze szkolnego bloga. Czasami tam piszę, ale bądźmy szczerzy... za dwa lata wszystko co tam jest przestanie być czymś, co tworzymy. Trzeba będzie przekazać stronę, adres mailowy i hasło innej klasie. Jest tradycja. Każda nowa administracja tworzy tam coś swojego. Coś, co jednocześnie się powtarza, ale funkcjonuje dalej.
A ja miałam zrobić nowy szablon. Jestem niezła w grafice, więc to nie problem.
I oczywiście nie mam zamiaru robić teraz. Pana Freizera nie obchodzą nasze osobiste sprawy. Jest kimś na kształt niepisanego opiekuna.
Ale to Angeles jest naszą liderką. Chociaż złamała mi serce, nie chciałam być na nią zła, ale jednak wciąż było mi przykro.
Ale jest jeden plus. Wiem, co ona na prawdę o mnie myśli.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
No i jak? Clover dowiedziała się czegoś bardzo dla siebie przykrego, ale nic nie powiedziała. Przyznaję, że kiedy pisałam ten rozdział, trochę grałam na czas.
A jak się Wam podobał rozdział? Do końca zostały jeszcze trzy, co potem... nie wiem. Pewnie zrobię post ze spisem treści jako nawigator. Z tych bonusowych notek chyba rezygnuję, bo próbne szkice ani trochę mi się nie podobają i lepiej ich nie publikować.

Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział się Wam podobał. Trzymajcie się! Cześć!