piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział 20, w którym Logan spotyka się z Adrianną

Logan nie wracał. Nawet długo nie wracał. Powiedział, że nie będzie go godzinę, a nie było prawie pół dnia. Dochodziła prawie dziesiąta wieczorem. Carlos rozmawiał z Rachel i chociaż było słychać w jego głosie, że jest zaniepokojony, ale i tak ją zapewniał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Przez chwilę żałowałam, że tak szybko wszystko pozmywałam. Dobrze by było, czym teraz zająć ręce. I głowę.
Podniosłam się z kanapy i podeszłam do części kuchennej. Wzięłam głęboki oddech i wyciągnęłam korek ze zlewu, żeby spuścić wodę. Rozległ się nieprzyjemny dźwięk resztek wody wpadającej do rurociągów do kanalizacji pod domem.
-Dzwoniłem do Kurta. - oznajmił Carlos, patrząc na swój telefon.
-Kto to jest Kurt? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Kumpel Logana. - wyjaśnił, patrząc na mnie przez blat kuchenny. - Spotkali się jakiś czas temu po latach. Teraz umawiają się na piwo. Zadzwoniłem do niego. - powtórzył. - Powiedział mi, że się z nim nie spotkał, ale widział go w barze z jakąś kobietą.
-Logan ma dziewczynę? - Kendall uniósł brwi, krzyżując ramiona na piersiach.
-Raczej nie. - Carlos pokręcił głową. - Według Kurta to nie wyglądało na przyjacielską pogawędkę.
Uniosłam brwi, sięgając po jeden z papierowych ręczników. Skoro spuściłam już brudną wodę, to przydałoby się ten zlew wyczyścić.
-Zostaw, ja to zrobię. - oznajmił James, wyjmując mi z dłoni papierowy ręcznik, który dopiero zdążyłam urwać ze zwoju.
Usłyszeliśmy charakterystyczny dla tych drzwi szczęk klucza w zamku. Podniosłam głowę i zauważyłam, że nie tylko ja wyprostowałam się jak struna w wiolonczeli.
Kendall odepchnął się od blatu kuchennego i podszedł do futryny bez drzwi między częścią kuchenno-jadalnianą, a przedpokojem.
-Gdzie Ty byłeś? - zapytał oskarżycielsko, do tego kogoś, kto przyszedł.
Niech to będzie Logan... Niech to będzie Logan... Niech to będzie Logan... Niech to będzie Logan... Niech to będzie Logan... Niech to będzie Logan...
-Miałem spotkanie. - usłyszałam głos Logana i poczułam jak ciężki balast spada mi z serca.
-I nie mogłeś zadzwonić? - wrzasnął James, kończąc z wycieraniem zlewu.
Przeszłam na jego miejsce, żeby spłukać. Wyciągnęłam przedłużenie kranu i odkręciłam czystą wodę. Po chwili będzie już po wszystkim.
-Telefon mi padł. - odpowiedział, jakby to było coś normalnego.
-To było zadzwonić z budki. - wrzasnął James, tak głośno, że zadzwoniło mi w uszach. - Przecież masz kartę awaryjną!
-Nie wziąłem jej! - odkrzyknął w jego stronę, rzucając bluzę na podłogę.
Po raz kolejny zadzwoniło mi w uszach spojrzałam z przerażeniem na Kendalla, który jako jedyny w towarzystwie zachowywał spokój.
-Z kim się spotkałeś? - zapytał tym samym, stoickim tonem.
-Kurt powiedział, że z jakąś kobietą. - dodał Carlos.
Logan wyglądał już na spokojniejszego. Schylił się, żeby podnieść swoją bluzę i złożył ją na pół, patrząc na nas już znacznie spokojniej.
-Z Adrianną. - odpowiedział cicho.
Poczułam, jak odpływa mi krew z twarzy i otworzyłam szeroko usta. Nie mogłam uwierzyć, ze po raz kolejny zrobił mi na złość.
-I nic mi nie powiedziałeś? - pisnęłam, znacznie głośniej niż chciałam. - Jak mogłeś, ty...
-To ona prosiła mnie o spotkanie. - podniósł nieco głos, przerywając moją złość. - Najpierw byliśmy w barze, potem u niej w domu... Nadal nie mogę jej zrozumieć.
Pokręcił głową, opierając się na przedramionach.
-Jej mąż jest w porządku. - ciągnął dalej, kiedy James pociągnął mnie na stołek za blatem kuchennym. - Ale jej poglądy...
-O czym rozmawialiście? - zapytałam cicho.
-Nie mogę powiedzieć. - pokręcił głową. - Obiecałem jej, że to zostanie między nami.

Jej obiecał. Jej obiecał, a mnie okłamuje. Bolało, jak nie wiem bolało.
Rzuciłam się na łóżko i zdjęłam z nosa okulary. Jeszcze by tego brakowało, żeby Logan i Adrianna mieli jakieś wspólne tajemnice. Przyznaję, nigdy się za bardzo nie lubili, ale to nie znaczy, że teraz to miałoby się zmienić.
Adrianna wykrzyczała mi, że mnie nienawidzi. Czy powiedziałam o tym Loganowi? Oczywiście, że nie. Po co miałabym go tym obarczać. Nie mówię, że to sprawa tylko między nami, ale wolałam, żeby to pozostało w tajemnicy. Nie mogłam powiedzieć. Nawet Loganowi, chociaż no się już części domyślał. Wiem. Powiedziałam już Rachel, ale ona nie pisnęła ani słówka. Głównie dlatego, że ją o to prosiłam.
A Logan? Wiele dla mnie zrobił. Nie przeczę, ale pewne sprawy muszą pozostać poza jego zasięgiem. Na przykład nienawiść, którą darzy mnie Adrianna.
A może po prostu jest mi zbyt przykro, żeby mieć jej to za złe? Unikałam jej, to jasne. Ale kiedy zastanawiałam się z jakiego właściwie powodu, nie mogłam sama przed sobą przyznać, że jej nienawidzę. Przynajmniej nie tak, jak ona mnie.
-Clover, mogę wejść? - zapytał, zaglądając do pokoju.
-Jasne. - mruknęłam.
Logan wziął głęboki oddech i przekroczył próg pokoju. Przyszedł, ale właściwie nie wiem, dlaczego. Usiadłam na łóżku. Nie miałam okularów, ani soczewek. To co widziałam, było lekko zamazane. Wieczorami mogłam się do tego przyzwyczaić.
-Przepraszam. - powiedział cicho, siadając na skraju biurka. - Nie powinienem się tak zachować. Wiem, że Ty i Adrianna... nie jesteście ze sobą blisko. Postanowiłem z ją porozmawiać, żeby się dowiedzieć o co chodzi, a ona... Obwinia Cię o rzeczy, na które nawet nie miałaś wpływu i...
-Wiem. - przerwałam mu, kiwając głową. - Nie musisz mnie przepraszać. Jest mi trochę przykro, ale nie mam prawa od Ciebie wymagać, żebyś mówił mi o wszystkich swoich krokach.
-Do tego masz prawo. - pokiwał głową, nadal mając ten cierpiętniczy wyraz twarzy. - Rozmawialiśmy o Tobie i powinienem Ci przynajmniej powiedzieć, że tam idę. Wiedziałem od początku, że rozmowa zejdzie na ten temat. Skończyło się na tym, że wyszedłem wściekły jak osa i na dodatek wyładowałem się na chłopakach.
Westchnął, spuszczając głowę. Wiedziałam o czym mówi... Zranił przyjaciół, bo już wcześniej był sprowokowany. To było jak bomba zegarowa.
-Wszystko dobrze? - zapytał, kiedy nie odzywałam się przez dłuższą chwilę.
-Jasne. - kiwałam głowa. - Po prostu... myślałam, że przez te trzy miesiące będę miała trochę spokoju, pożyję sobie jak normalna nastolatka, a tymczasem moje życie wywróciło się do góry nogami. Dosłownie. Nie mówię, że to jakieś wielkie rozczarowanie, ale kiedy mi powiedziałeś o tym, co zobaczyłeś na zdjęciach...
-Clover... - zaczął, kładąc mi dłoń na ramieniu. - I tak prędzej, czy później sama byś się domyśliła... Zobaczyłabyś, że coś jest nie tak.
-To nic takiego. - pokręciłam głową. - Ale najgorsze jest chyba to, że wszystko wygląda na to, że trafiłeś. I Ty dobrze o tym wiesz.
-Nie wiem. - zapewnił mnie, wciąż patrząc mi w oczy. - Nie mamy stuprocentowej pewności, ale za dwa tygodnie przyjedzie Peter i wszystkiego się dowiesz.
-A nie za trzy? - zmarszczyłam brwi. - Miał być ostatni weekend sierpnia.
-Jednak przedostatni. - cmoknął, jakby chciał sobie coś wyssać spomiędzy zębów. - Nie za bardzo rozumiem dlaczego, ale Peter przysłał mi list, żeby jakoś uprzedzić. Bree ma znaleźć jakieś neutralne miejsce. Wiesz, kawiarnię, najlepiej z przytulnym pokoikiem. Wiesz, ma kontakty.
-Wiem. - pokiwałam głową. - Ma duuże znajomości w przemyśle gastronomi.
I jak na mój gust to nie wróżyło za dobrze. Prywatny pokój w kawiarni równał się rozmowie w cztery oczy. A tak właściwie w osiem oczu. A to znaczyło coś trudnego, skoro nie mogliśmy tego zrobić tutaj w domu chłopaków. I poważnego jednocześnie.
Może Logan ma jednak rację? I to całkowitą. Nasz tata nie jest naszym tatą. I najwyższy czas się z tym pogodzić. Czy chciałam tego, czy nie.
-Wiesz co? - zaczęłam, zdając sobie z czego sprawę. - Niech na te dwa tygodnie to przestanie być ważne. Kogo obchodzi to, co myśli Adrianna? Jesteśmy tylko my, ale oboje musimy sobie coś obiecać. I to bardzo ważne.
-Co? - zapytał, marszcząc
-Ani słowa o Adriannie, moich rodzicach i związanymi z nimi problemami. - zastrzegłam głośno, tonem nieznoszącym sprzeciwu. - To mają być dwa tygodnie dla nas. Dla nas, nie nikogo innego. Rachel jutro wychodzi ze szpitala i...
-O oo. - jęknął Logan z przerażeniem.
-Co „o oo”? - zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z niepokojem.
-Jutro Rachel wychodzi ze szpitala, a ja nie kupiłem serwetek w kratę i nowej zastawy. - oznajmił wciąż przerażony. - A przecież obiecałem Kendallowi, ze kupię, bo ta jest niekompletna, bo James niechcący stłukł strasznie dużo talerzy.
Czy to będzie nielojalne, jeśli powiem, że James wcale nie potłukł tych talerzy niechcący, tylko wierzył, że to przynosi mu szczęście? Dlatego mu tego nie powiem.
-Oj Logan, daj spokój. - pocieszyłam go, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Trudno. A zakupy zrobisz jutro rano, bo dzisiaj wszystkie sklepy są już pozamykane.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
Zanim zaczniecie gadać, że Clover się dziwnie zachowuje... ona po prostu nie lubi, kiedy ktoś traktuje ją jak dziecko. A jej zdaniem, tak właśnie traktuje ją Logan, ukrywając przed nią rzeczy, które są bezpośrednio z nią związane.

No dobra, mam nadzieję, że rozdział się Wam podobał. Liczę, ze coś mi napiszecie. Trzymajcie się! Cześć!  

piątek, 4 sierpnia 2017

Rozdział 19, w którym Carlos robi ciasto dla Rachel, a Kendall tylko trochę mu w tym pomaga

Rachel została w szpitalu jeszcze przez kilka dni. W sumie, miewała się całkiem nieźle. Zastanawiałam się, czy Carlos robił to, co robił dla żartu, czy naprawdę tak mu na tym zależało. Tak, czy siak, sama zaczynałam wpadać w obłęd.
-Carlos, co to właściwie jest? - zawołałam, kiedy znalazłam w zlewie durszlak z jakąś mokrą szmatą. Skrzywiłam się na sam widok.
-To? - zapytał, wskazując na wciąż parującą białą tkaninę. - Twarożek.
Wyglądał, jakby był przekonany, że tak powinien wyglądać biały ser, ale tak naprawdę to, co Carlos zrobił, nawet nie przypominało domowego sera.
-Carlos, ile razy miałem Ci powtarzać, że to trzeba powiesić na zlewie, żeby obciekło? - oznajmił Kendall, nie przerywając przeglądania jakiejś gazety. - A nie wkładać razem z gazą do durszlaka.
-Dobra. - wywrócił oczami. - Może sam to zrobisz, jak jesteś taki mądry?
-Pewnie. - pokiwał głową. - Ale zużyłeś całe pełnotłuste mleko, a to co zrobiłeś teraz na bank popsułeś, nie wieszając tego od razu. Masa nie ma szans, żeby się trochę utwardzić.
-Skąd to wiesz? - zmarszczył brwi, kiedy pochyliłam się nad tym, co miało być twarogiem.
-Od Rachel. - odpowiedział Kendall, kiedy wyrwał z gazety jedną kartkę i położył ją na blacie kuchennym. - Tobie tez pewnie by wytłumaczyła, gdybyś zapytał.
-Nie mogę zapytać. - zawołał z oburzeniem. - Jeśli zapytam, nici z niespodzianki i będzie wiedziała, że robię dla niej sernik.
Kendall otworzył szeroko oczy i natychmiast wstał z krzesła.
-Dobra, wyniosę co się da i spotkamy się na podjeździe. - powiedział do mnie, kiedy szedł tyłem w kierunku schodów. - Jeśli chcesz ujść z życiem, to się zbieraj.
-Ej, nie przeginaj! - zawołał za nim.
-Możecie mi wytłumaczyć, o co chodzi? - zapytałam, patrząc to na jednego, to na drugiego.
-Pewnie. - Kendall pokiwał głową, przystając na granicy kuchni i przedpokoju. - Kiedy ostatnio Carlos próbował coś upiec, prawie puścił dom z dymem.
-Wcale nie! - zaprzeczył, próbując się jakoś obronić.
-Wcale tak! - odkrzyknął Kendall. - Mam Ci przypomnieć, dlaczego w zeszłym roku musieliśmy wymienić Piekarnik, kuchenkę, okap i dwie szafki kuchenne razem z blatem?
-No dobra. - prychnął, podnosząc ręce w obronnym geście. - Może nie wszystko poszło dosłownie zgodnie z planem, bo wywołałem mały pożar, ale...
-Mały? - odpowiedział Kendall, nie dając za wygraną. - Stary, tak się dymiło, że ochrona ewakuowała pół dzielnicy! Sąsiedzi do tej pory nam tego nie wybaczyli.
Nie miałam pojęcia ile trwa standardowa kłótnia o umiejętności gastronomiczne, a właściwie to ich brak, ale powoli zaczynałam mieć tego dość.
-To mam to wyrzucić? - zapytałam, wskazując na to coś w durszlaku.
-Tak. - powiedział Kendall.
-Nie! - krzyknął Carlos.
-Stary, jeśli tak bardzo chcesz sernik dla Rachel, to Ci go zrobię. - oznajmił Kendall, jakby to było coś oczywistego.
-Nie możesz. - zaprzeczył Carlos.
-A to niby dlaczego? - zmarszczył brwi, nie rozumiejąc o co chodzi.
-Bo to ma być prezent ode mnie, a nie od Ciebie. - wyjaśnił.
Teraz już zaczęłam rozumieć, dlaczego tak bardzo się złości i tak koniecznie chce to zrobić sam. To ma być niespodzianka dla jego dziewczyny. Tylko... dlaczego nie poprosił Kendalla o pomoc.
-Dobra. - Kendall w końcu dał za wygraną. - Zrobimy to razem. Clover, wyrzuć to.
-Co Ty wyprawiasz? - Carlos spojrzał na niego zaskoczony. - Przecież...
-Cicho bądź. - rozkazał, kiedy przekręciłam zawartość durszlaka nad koszykiem, wywalając wszystko do środka. - Będziesz miał to ciasto, a ja się nie przyznam, że Ci pomagałem. Clover, bierz dwadzieścia dolców z szuflady, wsiadaj na rower i jedź do sklepu po drugiej stronie ulicy. Powiedz, że ja Cię przysłałem i poproś o pełnotłuste mleko, cytryny i trzy gorzkie czekolady.
-Ja mógłbym jechać. - zaoferował Carlos, ale Kendall pokręcił głową.
-My tu posprzątamy. - oznajmił. - I musimy się spieszyć, bo sernik na który mamy przepis jest najlepszy na drugi dzień, a Rachel wypisują już jutro.
W ten sposób wzięliśmy się do roboty. Miałam odzyskany przez policję rower, więc nie było problemu z szybkim załatwieniem O dziwo, kiedy powiedziałam o Kendallu, ekspedientka od razu wiedziała o co chodzi.
-Będą goście, co? - zaśmiała się, pakując wszystko do torby, którą postawiłam na blacie. - Pan Schmidt rzadko robi domowy sernik z własnego twarogu.
Nie miałam na to odpowiedzi, ale wyglądało na to, że jest dokładnie tak, jak kiedyś mówił mi Logan. Wszyscy pracownicy sklepu wiedzą tu wszystko o całej ulicy. To było takie... regionalne. Tylko po co im wiedza na temat domowego sernika Kendalla?
Kiedy wróciłam, zastałam chłopaków nad odważaniem wszystkich składników. Kendall postawił wszystkie miski ze składnikami na szerokim, kuchennym blacie, układając wszystko w kolejności dodawania. Na kuchence stały dwa garnki, z czego na jednym, zamiast pokrywki stała szeroka, blaszana miska.
-Dobrze, że jesteś! - zawołał Kendall, po mistrzowsku wpasowując się w rolę kuchennego lidera. - Trzeba rozpuścić czekoladę i dopilnować mleka.

Chłopaki ciężko pracowali przy tym cieście. Carlos rzeczywiście nie miał zielonego pojęcia o pieczeniu, ale widziałam, że z Kendallem sprawa była znacznie prostsza, niż mogłoby się wydawać.
-Co Wy tu robicie? - zapytał Logan, wchodząc do kuchni, gdzie Kendall postawił dwie blachy ciasta obok siebie. - Zrobiliście sernik? Jak super, dajcie trochę!
Kendall spojrzał na Carlosa i Uśmiechnął się do niego krzywo. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, o co mu chodzi.
-Mówiłem, żeby zrobić dwa, bo będą chcieli. - oznajmił z wyraźnym tryumfem na twarzy.
-Wcale tak nie mówiłeś. - odparłam, niczego takiego sobie nie przypominając.
-Powiedział. - Carlos pokiwał głową, kiedy Logan kroił sobie kawałek jednego z ciast i przekładał na talerzyk deserowy. -Ty byłaś wtedy na zakupach.
Uniosłam głowę, nic nie odpowiadając. Wiedziałam, że i tak z nimi nie wygram. Może i się pokłócili, ale szybko doszli do porozumienia. Znaczy, w miarę szybko. Nie mogłam się do niczego przyczepić, ale cieszyłam się, że tak szybko dochodzą do porozumienia przy jakimś konflikcie. Właściwie, to było dla mnie coś nowego. Kiedy moi rodzice się kłócili, albo chociaż kiedy doszło do jakiegoś spięcia między Bree a Adrianną, potrafili się do siebie nawzajem nie odzywać nawet przez kilka dni. A Kendall i Carlos? Załatwili wszystko w ciągu pięciu minut. Myślałam raczej, że to Carlos zgodził się z Kendallem, bo w przeciwieństwie do niego nie ma żadnych umiejętności do pieczenia. Tak naprawdę jedyną potrawą, która potrafił ugotować była zapiekanka w sosie serowym. Jego domowy talent to miniaturowa księgowość, czy to się nam podoba czy nie. Tak, czy owak, nie miałam prawa się w to wtrącać, nawet, jeśli bardzo bym chciała.
-Wszystko gra? - zapytał James, kiedy skończyłam czyść piekarnik z okruchów przypalonego ciasta,które musiało tam być już wcześniej.
-Jasne. - Przytaknęłam. - A czemu pytasz?
-Słyszałem, że Kendall i Carlos się przy tobie posprzeczali o gotowanie. - odpowiedział, siadając na kuchennym taborecie, który z tradycji nie służył do siadania. - A te ich kłótnie bywają ostre.
-Kłócili się tak już wcześniej? - zapytałam, włączając rozdrabniarkę, żeby wszystko dobrze popłynęło do zlewu.
-Wiele razy. - pokiwał głową, kiedy rozdrabniarka przestała hałasować. - Ale Logan zawsze z nimi gadał. Tłumaczył, że gotowanie to działka Kendalla i żeby Carlos lepiej się do tego nie kwapił, bo ma dwie lewe ręce do kuchenki.
Uśmiechnęłam się pod nosem, kiwając głową. Nie da się ukryć. Carlos potrafi dobrze zrobić trzy dania. Rzadko kiedy gotuje, więc nikt nie widzi problemu. Kuchnia to działka Kendalla i koniec.
-Jasne. - mruknęłam, przypominając sobie zajście z rana. - Tak właściwie, to dlaczego teraz razem nie pracujecie? Nie pamiętam, kiedy wszyscy naraz wyszliście z domu.
-Pracujemy. - przyznał, robiąc najbardziej szczery wyraz twarzy na jaki go było stać. - Po prostu na razie się rozdzieliliśmy. Szef uznał, że tak będzie lepiej, dopóki nie wystartujemy z produkcją nowego albumu. Wiesz, jaki jest nasz szef.
-Prawdę mówiąc nie wiem. - Zauważyłam, wrzucając brudną, wilgotną ścierkę, którą trzeba było ręcznie uprać. Nikt przecież nie zgodzi się, wsadzić czegoś takiego do pralki. -W życiu faceta na oczy nie widziałam.
-Racja. - westchnął, na sekundę spuszczając głowę. - Po prostu chodzi o to, że mieliśmy się rozdzielić na dwa tygodnie i zobaczyć, jak wygląda praca w pojedynkę. Zwykle wszystko robiliśmy razem. Czasami udzielaliśmy wywiadów oddzielnie, ale to były wyjątkowe sytuacje. A teraz, jak się dowiedział, kogo chcieliśmy zatrudnić na jego miejsce... myślę, że po prostu poczuł się urażony.
-Poczuł, że mu nie ufacie. - stwierdziłam, mówiąc bardziej do siebie, niż do niego.
-Właśnie. - przyznał mi rację, kiwając głową. - Więc teraz chce nam pokazać, jak by wyglądało nasze życie, gdybyśmy zatrudnili tę babę. Znaczy... wprost tego nie powiedział, ale czuję, ze tak jest. Wszystkie zespoły dla których pracowała, miały wtedy kryzys komunikacyjny.
Zastanowiłam się na chwilę. Jeśli on sugeruje, że sprzeczka Kendalla i Carlosa ma z tym coś wspólnego... Musiałam się nad tym nieźle zastanowić. Może jutro rano...
-Wychodzę. - zawołał Logan, zakładając w biegu bluzę. - Za godzinę będę z powrotem.
-Jasne, na razie. - mruknął James, unosząc rękę.

-A ja się tym zajmę. - oznajmiłam, wskazując na wiadro z wilgotną ścierką.  

piątek, 28 lipca 2017

Rozdział 18, w którym Carlos poznaje całą prawdę o warsztatach Rachel

Noc minęła w miarę spokojnie. Carlos wrócił bardzo późno i nie chciał odpowiadać na żadne nasze pytania. Po prostu położył się w ubraniu, a Logan powiedział, że nie musimy się martwić i wymęczony poszedł do łazienki.
Wyglądało na to, że wszystko było pod kontrolą, ale nie mogłam się pozbyć tego niewygodnego uczucia. Umyłam się w łazience w pokoju telewizyjnym. Nie chciałam niepotrzebnie panikować, ale od tego całego stresu nie mogłam spać.
Z braku lepszego pomysłu odpaliłam stoper w telefonie i co jakieś pięć minut resetowałam czas, żeby sprawdzić ile będę miała snu po przebudzeniu. Cała czynność okazała się nudna jak flaki z olejem, bo jedyne, co musiałam robić, to gapić się na białe cyfry na czarnym tle, po kilkadziesiąt sekund dotykać ekranu w przypadkowym miejscu, żeby nie ciemniał i co pięć minut wciskać przycisk do resetu czasomierza.
Nie pamiętam, kiedy zasnęłam, ale kiedy się obudziłam, była dziewiąta. Włożyłam okulary leżące na szafce nocnej i zerknęłam na stoper w komórce. Niecałe cztery godziny. Spałam tak krótko?
Wyłączyłam aplikację i zwlokłam się z łóżka. Pozostało mi tylko iść do łazienki, jakoś się ogarnąć i pogadać z chłopakami. Tak bardzo chciałam się upewnić, że Rachel nic nie jest!
Łazienka była wolna, a wszyscy jeszcze spali. Przynajmniej miałam taką nadzieję. Przygotowałam sobie ubrania już wczoraj wieczorem, kiedy czekaliśmy na Logana i Carlosa.
Kiedy skończyłam, zeszłam do kuchni. Może chociaż zrobię im śniadanie z braku lepszego zajęcia. Westchnęłam, schodząc po schodach, żeby żadnego nie obudzić, ale prawie przetarłam oczy z zaskoczenia, kiedy zobaczyłam ich przy stole.
-Myślałam, że jeszcze nie wstaliście. - powiedziałam, siadając na wolnym krześle naprzeciwko Kendalla, który popchnął w moją stronę tosta z masłem orzechowym.
-Nie chcieliśmy Cię budzić. - odpowiedział Carlos, ale wyglądał na mniej przybitego i zmęczonego nic wczoraj wieczorem.
-A jak Rachel? - zapytałam, przełamując na pół kromkę chleba.
-Wydobrzeje. - powiedział, uśmiechając się do mnie delikatnie. - Okazało się, że gorzej to wyglądało, niż było w rzeczywistości. Kiedy odzyskała przytomność po operacji, szybko zasnęła. Wtedy wróciłem do domu.
Westchnęłam, czując jak potężny kamień spada mi z serca. Tego jeszcze brakowało, żeby na prawdę stało się coś poważnego. Peter często powtarzał, że lepiej, kiedy takie sprawy najlepiej kończą się na strachu, a potem jest już tylko lepiej. Poza tym, pisze do mnie prawie codziennie, a ja już go nie magluję, odkąd obiecał mi, że przyjedzie pod koniec sierpnia. Czyli za niecały miesiąc.
-Chcesz jeszcze dokładkę? - zapytał James, kiedy skończyłam już jeść. - Pozmywał.
Jak zwykle.
Wstałam od stołu, zbierając ich talerze. Wsadziłam je do zlewu i odkręciłam kran. Westchnęłam, patrząc na płynący strumień wody i poczułam jak coraz bardziej chce mi się siku. Wiedziałam, że mi przejdzie, jak tylko zakręcę kurek.
Po zmywaniu, James poszedł na górę, a Logan i Carlos o czymś cicho rozmawiali. Spojrzałam na Kendalla, który z kimś gadał przez telefon.
-Chłopaki, załatwione. - oznajmił, odkładając słuchawkę bezprzewodowego telefonu, z powrotem do centrali. Na wyświetlaczu zaświecił się komunikat o rozpoczęciu ładowania baterii. - Mamy wolne do końca dnia. Z odwołaniem występu dla programu wieczornego nie było programu. Tak właściwie to oni nas odwołali.
Zmarszczył brwi i wziął głęboki oddech. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie w kuchni. Prawie jedenasta. Carlos wstał i zabrał bluzę z oparcia krzesła. Coś pogoda się ostatnio załamała...
-Czyli możemy jechać. - powiedział cicho. - Clover, zbieraj się.
Otworzyłam usta ze zdziwienia i spojrzałam na Jamesa, który właśnie zbiegł na dół.
-Co? - zapytałam, zapewne brzmiąc jak ostatnia idiotka.
-Jedziemy do Rachel. - wyjaśnił Kendall, podając mi moją wczorajszą bluzę. - Chyba że zostajesz.
-Jadę. - pokiwałam głową. - Dajcie mi minutę, skocze po torebkę.
Szczerze? Miałam nadzieję, że to powiedzą. Biegnąc na górę, zastanawiałam się, dlaczego tak przycichli. Chodziło o Carlosa? Czy sprawa była poważniejsza, niż mówili? Nie miałam pojęcia, ale miałam nadzieję, że to tylko chwilowe zawirowania emocjonalne, które nie mają nic wspólnego ze stanem zdrowia Rachel. Chociaż nie da się ukryć, ze jednak trochę miały.
Wrzuciłam telefon do niewielkiej torebki na ramię i wyszłam na zewnątrz. Zawartość mojej torebki nie była tajemnicą. Telefon z muzyką i e-bookami, pokrowiec ze słuchawkami, wazelina w pomadce i jakieś chusteczki. I nie zawierała niczego intymnego. Nie liczę koperty z dwiema podpaskami. Każda dziewczyna to ma. Poza tym miałam jeszcze power bank w kształcie szminki, ale go nie nosiłam.
Zbiegłam z powrotem na dół i zastałam chłopaków gotowych do wyjścia. Pośpiesznie włożyłam buty i zawołałam:
-Gotowa!
Ich reakcja była natychmiastowa. Od razu wyszli, kierując się w stronę zaparkowanego na podjeździe samochodu. Kendall wszystko pozamykał. Domyślałam się, że to też jest jeden z jego obowiązków. Dopilnowanie drzwi, kiedy wszyscy wychodzimy naraz, bo już nie raz to właśnie on pilnował drzwi przed odjazdem.
Usiedziałam z tyłu pomiędzy Kendallem, a Jamesem. Logan prowadził. Jak wczoraj. Wiem, ze mnie przy tym nie było, ale pamiętam jak się umawiali.
W drodze do szpitala cieszyłam się, że zobaczę Rachel. Nie ukrywałam, że się o nią martwiłam. Zaprzyjaźniłyśmy się i tyle. Może to nie była taka przyjaźń jak z Martinem, ale zawierała ten wyjątkowy, dziewczyński pierwiastek.
-Dobra, jesteśmy na miejscu. - westchnął Logan, parkując pod budynkiem szpitala w bocznej ulicy centrum. Tak, centrum ma boczną ulicę.
Wysiedliśmy z auta i poszliśmy w stronę bocznego wejścia. Wydawało się, że Logan wie, dokąd nas prowadzi, bo zachowywał się zbyt pewnie.
-Zaczekajcie. - mruknął Carlos, podchodząc do kobiety siedzącej w rejestracji.
Obserwowałam, jak z nią rozmawia. Nie byłam w stanie nic usłyszeć. Prawdopodobnie akustyka pomieszczenia była tak zaprojektowana, żeby nie dało się podsłuchać. Stosowane w tych nowoczesnych szpitalach i gabinetach zaufania. Jak tajemnica, to tajemnica.
Carlos wrócił po kilku minutach. Wyglądał trochę lepiej niż przed chwilą. Uniosłam brwi i spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Co spowodowało taką nagłą zmianę nastroju?
-Możemy wejść. - odparł, nieco weselszym tonem. - Rachel ma się dobrze, ale jest jeszcze wyczerpana. Lekarz zostawił wiadomość, ze zostanie tu jeszcze jakiś tydzień.
Skinęłam głową i poszłam za nim, ciągnięta przez Kendalla. Rachel była głównie jego przyjaciółką. Razem gotowali, dzielili się przepisami, rozmawiali, gotowali... głównie gotowali.
Rachel wyglądała trochę słabo, ale nie wiedziałam, czy z choroby, czy przez brak karminowej szminki, którą ciągle się malowała. Ten kolorek stał się jej częścią.
-Hej... - westchnął, całując ją w czoło. - Jak się czujesz?
-Lepiej. - odpowiedziała cicho.
-Wiem, co to był za kurs. - powiedział równie cicho. - Kuchnia wenezuelska?
-To miała być niespodzianka. - wyszeptała, głaszcząc go po policzku. - Dla Ciebie.

Kiedy wróciliśmy do domu wszystko zdawało się wracać do normy. Może chłopaki nie żartowali jak zawsze, ale przynajmniej słuchali głośnej muzyki. A to już jakiś postęp. W domu Kendall zabrał się za gotowanie. Z drugiej strony nie spodziewałam się po Rachel, że w ramach prezentu dla Carlosa zapisze się na kurs kuchni wenezuelskiej. Ona sama mówi, ze cały czas się uczy i cały czas zapisuje się na jakieś kursy, szukając inspiracji na nowe przepisy.
Weszłam do pokoju i rzuciłam na łóżko swoją torebkę. Miałam jeszcze trochę wolnego czasu. Wiedziałam, że Kendall zacznie krzyczeć, kiedy już zrobi kolację. Poza tym... Peter wczoraj mi nie odpisał. Może dzisiaj jest jego odpowiedź.
Otworzyłam laptopa, siadając po turecku na łóżku. Musiałam tylko wejść w skrzynkę i sprawdzić, czy są jakieś nowe wiadomości.
Jakieś reklamy, kolejna prezentacja od Angeles... A trochę niżej... Adres Petera. Uśmiechnęłam się sama do siebie i otworzyłam wiadomość.
Kochana siostrzyczko!
Wiem, wczoraj Ci nie odpisałam. Miałem lekkie zawirowanie w fundacji. Zjawiła się taka kobieta... chciała przewieźć bydło w tradycyjny sposób. W tradycyjny, czyli na piechotę. Nie mogliśmy się zgodzić, za duży dystans.
A co tam u Was? Widziałem post w serwisie społecznościowym u Carlosa. O jaką tragedię dokładnie chodziło? Na komentarze nie odpowiadał, a wpis już dawno zniknął. Przynajmniej nie było go już pół godziny temu, kiedy to sprawdzałem. Możesz mi wyjaśnić o co chodzi? Powoli zaczynam się martwić. Odpisz w miarę szybko.
Peter.
Spojrzałam na datę wysłania listu. Kilka godzin temu. Byliśmy wtedy w szpitalu u Rachel. Wiedziałam, że mogę mu zaufać. Powiedzieć mu to wszystko.
Kliknęłam otwarcie panelu odpowiedzi. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
Hej Peter!
Już nie musisz się martwić. Wiem, nie powiedziałeś tego wprost,a le ja za dobrze Cię znam. Chodzi o to, że Carlos ma dziewczynę. Wczoraj odwoziliśmy ją na kurs i okazało się, że nie dotarła. Zaczęliśmy jej szukać. Okazało się, ze dostała nożem i jest w szpitalu. Zagrożenie minęło, ale jeszcze trochę tam zostanie. Też się martwiłam, bo Rachel jest super.
A jak sprawa tego bydła? Wiem, jesteś wegetarianinem, boli Cię krzywda zwierząt i tak dalej. Słyszałam to wiele razy. Mam nadzieję, ze Ci się udało.
Kocham Cię.
Clover.

Kliknęłam, żeby wysłać i po otrzymaniu raportu zatrzasnęłam komputer.  

piątek, 21 lipca 2017

Rozdział 17, w którym Rachel przydarza się coś złego

Noszenie soczewek kontaktowych obudziło we mnie poczucie dziwnego obowiązku. Obowiązku, o którym musiałam pamiętać, bo inaczej spuchną mi powieki. Czyli zdejmowanie soczewek przed snem. Ale od czego jest funkcja przypomnień w komórce?
Logan zaopatrzył mnie w zapas na dwa miesiące. Oczywiście powiedział, żebym posłuchała okulisty i zmieniła lekarza na jakiegoś bardziej normalnego. A to trzeba zdecydowanie zdefiniować na nowo. Ciekawe, co on przez to rozumie.
Jeśli chodzi o Carlosa, trochę się uspokoił. Nie drążył tematu randek Kendalla, tylko jak gdyby nigdy nic pisał coś na komputerze. Pewnie to dotyczyło Rachel, bo wyjechała na jakiś kurs dla szefów kuchni, a z tego co mi mówiła, będą tam prawie sami faceci.
-Jestem jedyną kobietą na tym szkoleniu, rozumiesz? - zapytała, wpychając do walizki kilka złożonych sukienek. - A mówią, że miejsce bab jest w kuchni.
Gadała tak przez cały czas, kiedy ja i Carlos pomagaliśmy się jej pakować. Musiałam przyznać, ze jej mieszkanie jest dość przytulne. Oczywiście było małe, a jak ona sama mówiła „jest na łasce właściciela, bo tylko wynajmuje”.
-A gdzie właściwie jest ten kurs? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że jeszcze nam tego nie mówiła.
-W hotelu poza miastem. - wyjaśniła. - Zapewniają nocleg i wyżywienie. Poza tym nie muszę brać wielu ubrań, bo pralnię też mamy w zestawie.
-Wzięłaś cztery sukienki. - zauważył Carlos, licząc pokrowce w walizce.
-No i? - uniosła brwi, nie rozumiejąc o co chodzi.
-Jedziesz na dwa dni. - odpowiedział, ale sama Rachel absolutnie nic sobie z tego nie robiła.
Jest dziewczyną, ma prawo nosić więcej ciuchów niż powinna. Albo potrzebuje. W sumie to to samo. Tylko definicja się zmienia. Ale nie w tym przypadku. Nie istotne!
-Wydrukowałaś sobie mapę dojazdu? - Zapytał ją Carlos, kiedy była już spakowana.
-Jasne, muszę tylko iść na dworzec autobusowy. - przytaknęła.
Carlos uśmiechnął się do niej i postawił jej walizkę na podłodze. Fajnie im ze sobą. Nie mówię tu o jakichś wielkich rzeczach, typu „wyjdziesz za mnie”, albo „miejmy razem dzieci”, tylko o drobiazgach, które definiują ich związek. Bo tak na prawdę każdy związek powinien się składać z takim drobiazgów. Bez nich związku właściwie nie ma.

Odwieźliśmy Rachel na dworzec i wróciliśmy do domu. Carlos nawet chciał poczekać, aż odjedzie jej autobus, ale ona wyraźnie dała mu zrozumienia, że nie potrzebuje nadopiekuńczej niańki. Jej słowa, nie moje.
-Dobra, Rachel zostawiła nam mrożony bulion wołowy, mrożoną golonkę, mrożoną pastę jajeczną... - wymieniał James, stojąc przy zamrażalce w kuchni. - Mrożony pasztet z drobiowych wątróbek, mrożoną zapiekankę pasterską...
-Kiedy ona to zdążyła zrobić? - zapytałam, marszcząc brwi.
-Wczoraj wieczorem. - odpowiedział, jakby to było coś normalnego.
-U Rachel to się nazywa „przed kursowa nerwówka” - wyjaśnił Carlos, wyjmując Jamesowi z ręki pojemnik na żywność wypełniony czymś, co wyglądało jak kawał zmrożonego mięsa w kawałkach. - Martwi się testem, dlatego przygotowuje swoje najlepsze dania na obiady. Wiele razy jej powtarzaliśmy, że jest najlepsza, ale do niej nic nie dociera.
-A my mamy jedzenie na cały tydzień. - dodał James, wyciągając płaski pojemnik z żółtymi kostkami lodu. - Tylko nie rozumiem, po co tak zamrażać rosół.
-Czytałeś jej notatki, które nam zostawiła? - zapytał Carlos, sięgając po cienki notatnik, jaki w naszej szkole rozdają za darmo.
-Nie. - pokręcił głową, nie ruszając się z miejsca.
-Strona szósta. - powiedział krótko, rzucając mu na pierś notatnik Rachel ozdobiony na okładce jakimiś obrazkami. - Pięć pierwszych to instrukcja odgrzewania dla Kendalla na wypadek, gdyby nie chciało mu się gotować.
-Rachel myśli, że Kendall nie potrafi odgrzać mrożonek? - uniosłam brwi, przekręcając stronę w książce. Minął tydzień, mogę już czytać.
-Nie o to chodzi. - Carlos pokręcił głową, przechodząc na drugą stronę blatu kuchennego. - Tylko raczej o metodę podania. Z resztą nic z tego nie rozumiem, a ze wszystkich notatek zdołałem ogarnąć tylko stronę szóstą.
-”Domowa zupa na wynos” - przeczytał James, nic sobie nie robiąc ze spojrzeń Carlosa. - „Chłopaki, to że jecie w biegu, nie znaczy, ze macie jeść byle co. Pamiętacie te słoiki uszami, które Wam kupiłam z okazji wydania Waszej ostatniej płyty? One są na taką zupę. Jej przygotowanie jest proste. Pakujecie do słoików jakieś warzywa, mięso, trochę tego makaronu azjatyckiego, który kazałam Jamesowi kupić tydzień temu i kostkę zamrożonego bulionu. Ten makaron jest bardzo cienki. Nie trzeba go gotować. Wystarczy, że w pracy zalejecie wszystko wrzątkiem, zostawicie na pięć minut i wymieszacie. Nie martwcie się o bulion. Jest zredukowany.” Kurde, nawet nie wiedziałem, że można coś takiego zrobić!
Carlos wywrócił oczami i wziął głęboki oddech. Dobra, może to nie jest za bardzo „wygodne zachowanie” i przyznaję, że James cały dzień zachowywał się jakby był z innej planety, a wszystko, co go otacza było dla niego nowością. Jednak Carlos mógłby okazać mu odrobinę wyrozumiałości.
-To może inaczej. - powiedziałam, nadal nie pochylając się nad książką. - Dlaczego Rachel zostawiła Wam tak staranne notatki, zamiast wszystko po prostu wytłumaczyć?
-Bo jak coś robić, to porządnie. - odpowiedział mi James, odkładając jej notes z powrotem na lodówkę, gdzie piętrzyły się różne zeszyty i przyprawy.
Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na kolejną stronę w książce. Usłyszałam dzwonek stacjonarnego. Podniosłam głowę znad książki i zerknęłam na Carlosa, który powoli szedł w stronę stolika z telefonem.
-Odbiorę. - powiedział, mijając mnie w części jadalnianej. - To pewnie Derek w sprawie spotkania z fanami. Pogadam z nim.
I podniósł słuchawkę, przysuwając sobie rwany notatnik i krzesełko.
-Tak? Przy telefonie. Ale jak to? Osobiście odwiozłem ją na dworzec.
Jego wyraz twarzy zmieniał się diametralnie. Tak, wiem, że jako aktor miał to opanowane, ale tym razem to nie była gra.
-Tak, oczywiście, zgłoszę jej zaginięcie na policję, jeżeli się do niej nie dodzwonię. - pokiwał głową, sięgając po długopis. - Momencik, zapiszę. Marcus Garcia... I jest pan szefem kuchni w hotelu Allas? Organizator warsztatów kuchni...
Carlos otworzył szeroko usta, jakby nie dowierzał własnym uszom. Pokręcił głową, żeby się jakoś z tego otrząsnąć. Nie rozumiałam, co dalej mamrocze do tej słuchawki. Popatrzeliśmy po sobie z Jamesem, ale on tylko wzruszył ramionami. Sam nie miał pojęcia, o co chodzi.
-Co się stało? - zapytał James, jak tylko Carlos odłożył słuchawkę.
-Rachel nie dotarła do hotelu. - odpowiedział, otwierając szufladę i wyjmując starego laptopa Kendalla, który zawsze był naładowany. - Nie zgłosiła się na spotkanie organizacyjne. Nie odwołała biletu, ani nie wsiadła do autokaru. Nikt jej nie widział na dworcu.
Carlos usiadł naprzeciwko mnie i otworzył laptopa Kendalla, od razu się krzywiąc.
-Jakie Tu było hasło... - wymamrotał, co chwila źle reagując na nieprzyjemne dźwięki po wpisaniu nieprawidłowego hasła.
-Eciepeciekrowazamojka. - odpowiedział James, przynosząc mu jego komórkę.
-Takie wpisuję. - odpowiedział.
-Dużymi literami. - uściślił.
Carlos wzruszył ramionami i zrobił tak, jak powiedział mu James. Kiedy hasło zostało zaakceptowane, Carlos zrobił zaskoczoną minę na ułamek sekundy, ale przerażenie natychmiast wróciło na jego twarz.
-Co robisz? - zapytałam, obserwując jego skupienie.
Też się bałam o Rachel. To moja przyjaciółka. Raczej nie wyglądała na taką, co nikogo nie uprzedza o nieobecności na warsztatach i tak po prostu znika.
-Szukam czegoś, co Rachel mogła tu zostawić. - odpowiedział, nie przerywając przeglądania plików. - Kontakt do jej rodziców, adres wydawnictwa, cokolwiek. Kendall pozwalał jej używać tego komputera, więc... może zostały tu jakieś ślady na skrzynce.
-Mogła zabezpieczyć program. - zauważyłam.
-Nie zabezpieczyła. - James pokręcił głową. - Za bardzo nam ufa.

Godziny mijały. Carlos dzwonił do Rachel co pięć minut przez pierwsze dwie godziny. Później zawiadomił policję. Przyjechali, spisali nasze zeznania... oboje jesteśmy ostatnimi, którzy ją widzieli. Facet z wydawnictwa też nic nie wie. Z tego co zrozumiałam, interesują go tylko jej przepisy, nic więcej.
-Co teraz? - zapytałam, siadając naprzeciwko niego. - Kurde, w życiu tak się nie martwiłam.
Poważnie. Z niepokoju aż skręcało mnie w żołądku. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, ale wiedziałam, że nie jestem w stanie nic zrobić, żeby pomóc.
-Clover, wyjmij soczewki. - powiedział Logan, kiedy wyrzucił do kosza wszystkie pozostałe śmieci zebrane z kuchennego blatu. - Nie wolno Ci ich nosić dłużej niż dwanaście godzin.
-Jeszcze nie ma dwunastu godzin. - oznajmiłam, zakładając nogi na oparcie kanapy.
Zadzwonił telefon. Carlos dopadł do niego jak poparzony i odebrał najszybciej jak tylko potrafił.
-Tak? - powiedział szybko, przykładając telefon do ucha. - Tak to ja. Kiedy? Gdzie? Dobrze, zaraz będę, do zobaczenia.
Carlos pośpiesznie zapisał coś na kartce i odłożył słuchawkę. Wyprostowałam się i usiadłam normalnie, najszybciej jak tylko mogłam i spojrzałam na niego z niepokojem.
-Kto to był? - zapytałam, spoglądając na Kendalla, który wyprostował się na krześle.
-Lekarz ze szpitala. - odpowiedział, zabierając kurtkę z oparcia fotela. - Rachel trafiła do nich kilka godzin temu z raną kutą. Nie mogli zadzwonić od razu, bo byli zajęci ratowaniem jej życia. Dopiero potem zawiadomili policję, a oni skojarzyli fakty. Jadę tam.
-Nie, pojadę tam. - zaprzeczył, kręcąc głową. - Lepiej zostańcie tutaj.
-Mowy nie ma. - Logan pokręcił głową, zatrzymując go w przejściu. - Oni zostają, jasne, ale nie możesz prowadzić w takim stanie. Zawiozę Cię.
Carlos zawahał się na chwilę, ale w końcu pokiwał głową.

-Dobra. - powiedział cicho. - Ty prowadzisz.  

środa, 19 lipca 2017

Rozdział 16, w którym Carlos i Rachel chcą się dowiedzieć z kim się spotyka Kendall

W sierpniu wszystko powywracało się do góry nogami. Nie mówię tu o jakichś błahostkach typu „połóżmy inny dywan w przedpokoju, najlepiej żółty” albo „Wywalmy ten obraz z salonu, nie pasuje do poduszek” tylko o sprawach nieco poważniejszych. Chociaż fakt... wywalili ten obraz ze względu na poduszki.
-Clover, lecimy do okulisty! - zawołał Logan, pukając do pokoju.
Okulista. Chodzę tam tylko wtedy, kiedy muszę, czyli dokładnie raz na pół roku, żeby sprawdzić, czy wzrok mi się bardziej nie popsuł. Czyli dokładnie co pół roku. A ponieważ ostatni raz byłam trzy miesiące temu, do do wizyty pozostały jeszcze całe trzy miesiące. Była jeszcze jedna kwestia sporna. Wizytówka lekarza.
-Ale to nie jest moja pani doktor. - zauważyłam, wskazując na nazwisko na pieczątce z umówioną wizytą. Uniosłam brwi, patrząc na niego z zastanowieniem.
-Okazało się, że Twoja pani doktor jest strasznie ograniczona mentalnie. - oznajmił, wpychając portfel do tylnej kieszeni jeansów. - I dlatego umówiłem Cię do doktora Harpera. Mój kolega do niego chodzi.
-Który? - zmarszczyłam brwi, patrząc na niego z zastanowieniem.
-Oj, lepiej się nie interesuj. - wymamrotał.
Otworzyłam szeroko usta i pozwoliłam mu się wepchać do samochodu. Moja okulistka jest trochę... ograniczona. Wmawia mi, że jestem za młoda na soczewki i nie powinnam nawet o nich myśleć. Od lat mi to powtarza. A czy myślałam, jak to by było bez okularów? Oczywiście!
Tylko miałabym soczewki, które drapią, trudno się do nich przyzwyczaić i puchną od nich oczy, jak zapomnisz ich zdjąć. Taa... plusy i minusy każdej decyzji.
Drugą taką poważną zmianą był Kendall i jego umawianie się na randki z jedną dziewczyną. Widywał się z nią co dwa dni i przez cały czas zapewniał, że to nie jest żadna z tych wymienianych przez Jamesa, a ten co dziennie podsuwał mu nowe nazwiska, jakby miał nadzieję, że w końcu trafi. A ja już kompletnie nie wiedziałam, co to znaczy. Czy oni się tak nie znają, czy Kendall naprawdę ma zamiar ich tak zaskoczyć. Na razie nie pękał. Utrzymywał to w tajemnicy, a najbardziej ciekawy był chyba Carlos. A skoro Carlos zamierzał się tym zająć, to z automatu wciągnął w to Rachel, a ona już nie miała za bardzo wyboru.
Teraz pozostało mi tylko siedzieć w samochodzie i czekać, aż Logan się zatrzyma. Poza tym nie znałam nawet tej części miasta. Nie sądziłam, że Logan też ją zna. Chociaż co ja tam mogłam wiedzieć? Mieszkamy razem tylko tymczasowo.
-Zaraz powinien być ten gabinet... - powiedział powoli, krążąc po ulicach. - Próbowałem się dowiedzieć, co na to Twoja lekarka, ale ona powiedziała, że nie odmawia dodatkowej konsultacji u innego lekarza. Takie jest prawo każdego pacjenta, a ja mam pełne prawo do decydowania o Twoim leczeniu, przynajmniej na krótką metę. Poza tym nie zrobimy nic, na co się nie zgodzisz.
-Jasne... - pokiwałam głową, nie odrywając spojrzenia z widoku za oknem. Nagle coś zauważyłam. - Logan, jaki to był numer?
-Sto dwadzieścia sześć, a co? - mruknął, pilnując kierownicy.
-No to minęliśmy. - oznajmiłam, a ten spojrzał na mnie przez ramię z zaskoczoną miną. - Problem w tym, że to był zwykły dom.
-Bo to jest zwykły dom. - przyznał. - Nie reklamuje się za bardzo, bo tego nie potrzebuje. Ludzie z ulicy do niego nie przychodzą. Jest znany głównie z poleceń, ale to profesjonalista.
-Tak mówił ten Twój kolega?
-Dokładnie. - przytaknął.
Okazało się, że gabinet tego okulisty znajduje się w garażu. Może miał prywatnego kierowcę, może po prostu tego nie potrzebował, ale drugiego garażu nie było, a na terenie nie było żadnego samochodu. A co jeszcze lepsze, gabinet w garażu wyglądał jeszcze lepiej, niż się spodziewałam. Nowoczesny aparat, nowe makiety... moja doktorka zzieleniałaby z zazdrości.
Doktor Harper, zachowywał się, jakby Logan płacił mu majątek. Wiem, co to znaczy, kiedy komuś nie zapłacisz. Ludzie wtedy traktują Cię zupełnie inaczej. Ale jeśli ktoś naprawdę się stara, nie licząc na napiwek, to znaczy, że naprawdę na niego zasługuje.
-Myślę, że jesteś gotowa do soczewek kontaktowych. - oznajmił, wypisując receptę. - A Twoje okulary są trochę za mocne, jak na Twoją ostrość widzenia.
-Chce pan powiedzieć, że mi się poprawiło? - zmarszczyłam brwi, wkładając z powrotem swoje okulary. - Zwykle było coraz gorzej.
-Możliwe, że Twój lekarz nieświadomie przepisywał Ci zbyt mocne okulary, a Twoje oczy próbowały się do tego dopasować. Miałaś zawroty głowy, po zmianie szkieł?
Sięgnęłam myślą wstecz, próbując sobie to przypomnieć. Fakt, kręciło mi się w głowie, po zmianie okularów, ale zawsze próbowałam sobie wmawiać, że to mój wzrok się buntuje przed graniem w gry wyścigowe.
-Zdarzało się... - przyznałam.
-A masz jeszcze swoje poprzednie okulary? - zapytał, nie przerywając wypisywania recepty. - Bo według karty powinny być w porządku.
-Tak, ale zostały u rodziców. - pokiwałam głową, a on spojrzał na mnie lekko zaskoczony, przerywając pisanie.
-To skomplikowane. - Logan machnął ręką. - Proszę się nie przejmować.
Zgadywałam, że po raz pierwszy się z czymś takim styka. Starałam się tym nie przejmować, ale to było silniejsze ode mnie. Poza tym... Doktor Mallesie będzie wściekła, jak się o tym wszystkim dowie. Prawda?
-Zostawię adnotację i zapiszę numer szkieł kontaktowych, które powinnaś nosić. - oznajmił, wpisując coś do mojej karty. - Poza tym jeszcze dzisiaj napisze maila do Twojej okulistki, żeby ostrożniej wypisywała recepty.
No to po mnie...
-Wiesz jak zakładać szkła kontaktowe? - zapytał mnie, wręczając Loganowi receptę na soczewki.
-Teoretycznie. - odpowiedziałam.
To była najlepsza z możliwych odpowiedzi. Teoretycznie. Nigdy tego nie robiłam, ale znałam całą instrukcję na pamięć. A to była tylko teoria, która w praktyce jakoś za wiele mi nie dawała.
-I to powinno wystarczyć. - odpowiedział. - To już chyba na tyle. Jeśli będą jakieś problemy, po prostu przyjedźcie. Spróbujemy coś z tym zrobić.
-Oczywiście, dziękujemy. - odpowiedział Logan, wyprowadzając mnie z pomieszczenia. - To teraz po Twoje stare okulary?
-Chyba tak. - pokiwałam głową. - Teraz już przynajmniej wiem, dlaczego bez przerwy bolała mnie głowa i bez końca mi się pogarszało.
-Zmień lekarza. - odparł, wsiadając za kierownicę. - Słyszałem o takim przypadku. Okulistka dostawała prowizję od optyków. W końcu straciła prawo do wykonywania zawodu, bo działała na szkodę pacjentów. A na upomnienie było już za późno.
-A tamten optyk? - zapytałam, siadając obok niego i zatrzaskując drzwi.
-Zamknął salon, bo nikt już nie chciał do niego przychodzić. - odparł, uruchamiając silnik.

Okazało się, że noszenie kontaktów nie jest takie straszne, jak by się mogło wydawać. Ten nowy model... jednorazowe, były całkiem w porządku. Na razie byłam na etapie „przyzwyczajania się”, a to znaczy, że oglądać w nich telewizję i czytać zacznę dopiero za tydzień, bo dla oczu to zbyt duże obciążenie. A teraz musiałam wrócić do swoich poprzednich okularów, które nosiłam wieczorami. A ponieważ codziennie będzie potrzebna nowa para szkieł, mogę je kupić w aptece na kartę od tego lekarza ze wszystkimi potrzebnymi kodami.
-Ładnie Ci. - powiedział Carlos, opierając brodę o oparcie krzesła w łazience. - Nie wiedziałem, że masz tak jaskrawe oczy.
-Bo nie mam. - odpowiedziałam, zamykając pudełko z soczewkami na każdy dzień – To przez to światło. Nie wiem, gdzie Wy kupujecie te żarówki.
-Mnie nie pytaj. - powiedział od razu, unosząc dłonie w geście obronnym. - To James jest odpowiedzialny za oświetlenie w tym domu, a nie ja.
-A Ty za co jesteś odpowiedzialny? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach i obracając się do niego przodem. - Nigdy mi tego nie mówiliście.
-Żaden problem. - powiedział wesoło. - Za rachunki i ogródek. Logan jest od wystroju i organizowania spotkań, Kendall to zaopatrzenie i gotowanie, a James sprzątanie i oświetlenie. Nie mówiliśmy Ci?
-Może i mówiliście, ale tak pokrętnie, że musiałam nie skapnąć. - odpowiedziałam, rozluźniając ramiona i wypuszczając je swobodnie wzdłuż ciała.
-Całkiem możliwe. - mruknął, kiwając głową. - A rozmawiałaś może z Kendallem o jego nowej dziewczynie? Bo wiesz, nam nic nie chce powiedzieć, więc pomyślałem, że może Tobie...
Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego ze zdziwieniem. Nie miałam pojęcia kim jest, ani czym się zajmuje dziewczyna Kendalla. Rozumiem, że to dla nich sensacja, bo Kendall od dawna nie miał dziewczyny, więc to musi być dla nich jakaś sensacja.
-Nie, nie wiem, Carlos. - odpowiedziałam. - I nie zamierzam się dowiedzieć.
-Clover...
-Nie.
-Clover...
-Nie!
-Clover...
-Carlos, zrozum. - powiedziałam w końcu, nie mogąc już z nim wytrzymać. - Jeśli Kendall nie chce Wam o niej nic powiedzieć, to musi mieć ważny powód. Może uważa, że jest wciąż za wcześnie, może po prostu nie chce zapeszyć, ale nie można na niego naciskać. Kiedy będzie gotowy na pewno powie, ale teraz na pewno jeszcze nie jest ta chwila i Ty musisz to zrozumieć, jasne? Nie jest łatwo mieć przed przyjaciółmi tajemnice. Wierz mi, wiem coś o tym. A naciskając na Kendalla i robiąc to śmieszne dochodzenie, wcale nie pomagasz. Sam mówiłeś, że Kendall już nie raz się sparzył i na pewno nie chcesz powtórki.
-Masz rację. - pokiwał głową. - Nie chcę.

-Właśnie. - westchnęłam. - Więc odpuść sobie z tym wszystkim, bo on na pewno powie, kiedy tylko będzie gotów. A Twoje pospieszanie niczego mu nie ułatwi.  

piątek, 7 lipca 2017

Rozdział 15, w którym Kendall po latach umawia się na randkę

Ostatnia sobota lipca oznaczała tylko jedno. Luz. Przynajmniej tak nazywał to James. Po prostu wyłączał komórkę, wypożyczał film na DVD (mówi, że domowa wypożyczalnia przez internet to nie to samo) w tradycyjny sposób i ładował do mikrofalówki kilka opakowań popcornu.
-Jaki plan na dzisiaj? - zapytałam, kiedy zaproponował mi wspólny wieczór na kanapie.
-”Fantastyczna czwórka”. - przeczytał tytuł na pudełku. - Widziałaś?
-Nie. - pokręciłam głową. - Chyba, że animacja się liczy.
-Nie liczy. - oznajmił, obejmując mnie ramieniem. - Chodź, zrobimy sobie stanowisko w pokoju.
Pociągnął mnie do pomieszczenia z dużym telewizorem, narożnikiem i kinem domowym. Wiedziałam, że chodzi mu o rozłożenie obrusu, koców, upewnienie się, że w ubikacji są obie nasze szczoteczki i papier toaletowy... Serio, błogosławić Carlosa, który to wymyślił. Mieliśmy zamiar tam spać. Jedna noc to nic wielkiego, a kanapa jest całkiem wygodna. Poza tym rodzice w życiu nie pozwoliliby mi nocować w salonie tylko po to, żeby obejrzeć film.
-Carlos śpi u Rachel? - zapytałam, jak podał mi kolejną poduszkę.
-W końcu naprawili jej rurę, więc tak. - pokiwał głową, upewniając się, że narzuta dobrze przylega do skórzanej kanapy. - A Logan ma wywiad.
-W nocy? - zmarszczyłam brwi, wskakując na jedno z miejsc, żeby się upewnić, że dobrze usłyszałam. - Kto kręci o tej porze?
-Talk Show nadawany na żywo o jedenastej. - wyjaśnił. Stawiając butelkę z mrożoną herbatą obok naszych szklanek i dodatkowej butelki z wodą. - Zapraszają nas pojedynczo. Ja będę dopiero za tydzień. Mamy grafik na cały miesiąc.
-I Wasz szef się na to godzi? Przecież w niedziele macie koncerty w parku. - zauważyłam, idąc z nim do kuchni po przekąski. - Macie być wypoczęci.
-Wiem, ale mini koncerty są dopiero po południu. - odparł, wrzucając torby z prażoną kukurydzą do kosza na pranie. - Do tej pory zdążymy się dobrze przygotować, nawet, jeśli zarwiemy noc.
Zamarłam, patrząc w stronę schodów po których schodził Kendall. Otworzyłam szeroko usta i szturchnęłam Jamesa, który stał obok mnie.
-Co? - mruknął i spojrzał w tę samą stronę co ja. - Łał, nie żartowałeś. Na prawdę masz randkę.
Kendall miał na sobie jeden z szarych garniturów i niebieską koszulę z kompletu. Nie bez powodu siedział w łazience przez trzy godziny.
-A co myślałeś? - wzruszył ramionami, wyjmując swój portfel z torby na zakupy. - Muszę powyciągać karty lojalnościowe z supermarketów i stare paragony. Nie chcę jej wystraszyć.
I zaczął wyrzucać na stół w części jadalnianej kolorowe karty i papierki. Wyglądał na dosyć przejętego. Szczerze powiedziawszy, nigdy go takim nie widziałam.
-Dlaczego nikt mi nie powiedział? - jęknęłam. - Carlos mówił, że cały wieczór spędzisz w pokoju dźwiękoszczelnym i będziesz pisać piosenki na nową płytę.
Posłałam Jamesowi rażące spojrzenie, ale on sam wyglądał na zaskoczonego.
-Nie patrz tak na mnie! - zawołał, kiedy zauważył, jak na niego patrzę. - Sam nie miałem pojęcia. Uwierzyłem Carlosowi.
Westchnęłam i pokręciłam głową. Spojrzałam na Kendalla wyczekująco i oparłam się o stół naprzeciwko niego. Miałam nadzieję, że zdradzi jakieś szczegóły.
-Więc? - zaczęłam, nie mogąc się już doczekać.
-Co „więc”? - zmarszczył brwi.
-No powiedz, kim jest szczęśliwa wybranka. - zażądałam, przygryzając wargę, chcąc to od niego jak najszybciej wyciągnąć. - No już!
-Nie chcę zapeszyć. - pokręcił głową, patrząc mi w oczy. - Poza tym i tak jej nie znasz, bo pracuje w naszej stacji telewizyjnej.
-Nancy z księgowości? - zaczął James, próbując zgadnąć.
-Nie. - pokręcił głową, nie dając za wygraną.
-Olivia z gabinetu lekarskiego?
-Nie.
-Maggie od kostiumów?
-Przestań już! - zawołał, nie mogąc już wytrzymać. - I tak Wam nie powiem. A teraz dobranoc. Jestem umówiony.
I wstał z krzesła, zostawiając ten cały bałagan na stole. Popatrzyłam na Jamesa, który zabrał kosz na pranie wypełniony torbami z przekąskami.
-Chodź... - mruknął, delikatnie pociągając mnie za rękaw. - Zostawimy jedzenie i pójdziemy się wykąpać. A potem...
-Film. - przytaknęłam, zabierając opakowanie serwetek.

Wieczór z Jamesem był znacznie fajniejszy niż mi się wydawało. To nie było tylko oglądanie filmu, ale jeszcze kwadranse rozmów, które nas ominęły w całym miesiącu.
-Dlaczego byłeś teki zaskoczony, kiedy Kendall powiedział, że idzie na randkę? - zapytałam, kiedy Człowiek-Pochodnia przebiegł przez ośrodek opasany w pasie różową kurtką.
-Wiesz, kiedy Kendall był ostatnio na randce? - zapytał, unosząc szklankę do ust.
-Pojęcia nie mam. - wzruszyłam ramionami.
-Trzy lata temu. - odpowiedział, patrząc mi w twarz. - I tylko dlatego, że go zmusiliśmy.
-Nie możliwe. - zachichotałam, kręcąc głową.
-Możliwe. - przytaknął. - Carlos wszystko zorganizował. Skończyło się na tym, że laska złamała mu serce, a on napisał trzy dobre piosenki.
-Nie możliwe. - powtórzyłam.
-Możliwe! - zaśmiał się, obejmując mnie w pasie.
Zachichotałam, dając mu się połaskotać. Wzięłam głęboki oddech, kiedy się uspokoił i pozwolił mi usiąść prosto. Nie wyglądał, jakby ten film zupełnie go interesował. I na pewno go już widział, sądząc po tym, jak wyprzedzał dialogi.
-Możesz przestać? - powiedziałam w końcu, nie mogąc już tego znieść. - Nie mogę się przez Ciebie skupić. Psujesz całe oglądanie.
-No i co z tego? - machnął ręką. - Będziesz miała cały tydzień, żeby to obejrzeć jeszcze raz, bo facet z wypożyczalni pozwolił mi to trochę potrzymać.
-Zawsze Ci pozwalają? - oparłam się o jedną z wielu przyniesionych przez nas poduszek.
-Nie, ale bardzo często. - odpowiedział, zatrzymując film i idąc w stronę łazienki. - Daj mi chwilę, zaraz wrócę.
-Jasne! - zawołałam, spoglądając na wyświetlacz telefonu.
Wbiłam spojrzenie w Bena, który stał na środku jezdni w samych gaciach. W sumie, to wiem, że on zawsze stoi w samych gaciach, bo tak urósł, że w nic innego się już nie mieści. I chodziarz dosłownie ma serce z kamienia... Zdecydowanie nie powinnam się tak nad tym rozczulać.
Kiedy James wrócił, z zaskoczeniem, spojrzał na mnie, wpatrującą się w pulpit wyświetlacza telefonu. W końcu co jest normalnego, w gapieniu się na obrazek z kolorowym ptaszkiem.
-Sprawdzałaś mi czas? - zmarszczył brwi, wracając na kanapę. - W prawdzie zdaję sobie sprawę, że dość dużo czasu spędzam w łazience, ale to trochę zabolało.
-Nie... znaczy nie sprawdzam Ci czasu. - pokręciłam głową i spojrzałam z powrotem w telewizor.

Kiedy obudziłam się rano, zauważyłam, że Jamesa już nie ma. Sięgnęłam po okulary leżące na stoliku. Bałaganu, który zostawiliśmy wieczorem na stole też nie było. Musiał wstać przede mną i wszystko posprzątać. Powoli zwlokłam się z kanapy i pozbierałam wszystkie koce, jakie zostały. Może i nie lubiłam takiego sprzątania, ale teraz było mi już wszystko jedno.
-Dzień dobry. - powiedział James, pakując kilka kostek z mango do blendera.
-Dzień dobry. - odpowiedziałam, wkładając poskładane koce z powrotem do szafy z dodatkową pościelą. - Wcześnie wstałeś. Jeszcze nie ma dziewiątej.
-W takim razie mam jeszcze dziesięć minut na zjedzenie śniadania. - stwierdził, wsypując do miseczki porcję bezglutenowych płatków.
Już przywykłam do zdrowego jedzenia Jamesa. Jednak musiałam przyznać, ze to, co robił było nawet bardzo smaczne. Jedno dobre, że nie nazywał swojego ciała „świątynią”, bo tego już chyba nikt by nie zniósł.
-To o której najpóźniej jadłaś śniadanie? - zapytał, krojąc kolejną porcję owoców do zmiksowania.
-O jedenastej. - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
-Długo spałaś? - wzruszył ramionami i spojrzał na mnie znad deski do krojenia, którą uniósł wysoko ponad swój łokieć.
-Nie, spałam normalnie. - stwierdziłam, szukając w szafie dodatkowego żelu pod prysznic.
Tak, ja go kupiłam.
-A gdzie właściwie jest Kendall? - zapytałam, przygotowując sobie rącznik.
-Śpi na górze. - odpowiedział, nie odrywając spojrzenia od kartki, którą wetkną w szczelinę między kubkiem, a silnikiem blendera. -Wrócił późno. Chyba randkę możemy uznać ze udaną.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem. Po chwili zdałam sobie z czegoś sprawę. Spojrzałam na niego, zastanawiając się, czy na pewno powinnam go o to pytać.
-Te dziewczyny, które wymieniałeś wczoraj wieczorem. - zaczęłam, wciąż mając wątpliwości. - To nie były przypadkowe strzały, prawda?
James zastanowił się na chwilę. W końcu odsunął mikser o kilka centymetrów i oparł się o bal obiema rękami.
-Nie. - pokręcił głową. - Ale wiem, że one bardzo są w typie Kendalla.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
Zapewniam, że randka Kendalla to tylko początek. O dziwo, najbardziej wkręci się w to radkowianie. Na razie nie powiem dlaczego. A jak Wam się podobał wieczór Jamesa i Clover? Spędzili razem trochę czasu, nieźle się bawili...
A dzisiejszy rozdział jak Wam się podobał? Koniecznie dajcie mi znać. Do zobaczenia za tydzień. Trzymajcie się! Cześć!


piątek, 30 czerwca 2017

Rozdział 14, w którym Rachel pokazuje, jak potrafi się postawić

Czy jestem zła? Tak. Czy na Logana? Oczywiście! Dlaczego? A dlatego, że ten palant zaprosił Adriannę i nic mi wcześniej nie powiedział!
Wiem, że to jest jego dom i może sobie w nim robić, co mu się podoba i tak dalej, ale to jest moja siostra, która wykrzyczała mi w twarz, że mnie nienawidzi. Już nawet nie miałam do niej żalu. Sprawa była prosta. Rodzice nikogo z nas nie kochali dosyć standardowo, a ona jako jedyna nie może tego przeboleć. Peter już się z tym pogodził, ale nie obwiniał o to nikogo z nas. Bree była w porządku, żyje jak chce i puściła w zapomnienie te wszystkie lata w domu. Oczywiste, że tego nie da się tak po prostu zapomnieć, ale przynajmniej nikomu tego nie wypominała. A ja starałam się nie brać tego do siebie. Po prostu nie miałam zamiaru marnować sobie życia jeszcze bardziej. Chciałam wyrosnąć na kogoś takiego jak Bree. Kogoś, kto żyje jak mu się podoba, ale potrafi przyjąć pomoc.
Usiadłam na krześle naprzeciwko Kendalla, który wałkował ciasto na białym, płóciennym obrusie. Potem bierze się za rozciąganie.
-Powiesz mi, co to właściwie ma być? - zapytałam, krzyżując ramiona na piersiach. - Na razie stawiam na strudel.
-Nie, to nie strudel. - pokręcił głową z szeroki uśmiechem. - Logan mówił, że twoja siostra robi włoską kuchnię. Próbuję zrobić włoski makaron według tradycyjnego przepisu.
Gotuje makaron dla Adrianny. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy co tak naprawdę lubi, ale postanowiła uderzyć w coś popularnego.
-A skąd miałeś ten przepis? - zapytałam, marszcząc brwi. - Myślałam, że Rachel jest specem od kuchni francuskiej, a nie włoskiej.
-Bo jest. - pokiwał głową. - Ale to nie znaczy, że nie może próbować innych kultur. Wiesz, że każdy rejon ma własny sposób na przygotowanie makaronu?
-A ten z jakiego pochodzi? - zmarszczyłam brwi, opierając łokcie na niezajętym jeszcze przez ciasto skrawku stołu.
-Nie mam pojęcia. - zachichotał, kręcąc głową. - Ale to jedyny przepis, który zawsze się udaje. Tylko trzeba się nieźle napracować, żeby wyszło tak, jak powinno.
Wzruszyłam ramionami, spoglądając na Kendalla, który nie przerywał czynności. Wyglądało na to, że Rachel zachowała naszą rozmowę dla siebie. I dobrze. Kendall wyglądał, jakby nie bardzo się tym wszystkim przejmował. Nie przejmował się, bo nie wiedział. Więc nie miał czym.
Wzięłam głęboki oddech. Dlaczego głupia wzmianka o Adriannie przysparza mi takich przykrości. Dopóki o tym nie myślę, bo zajmuję się czymś innym, jest dobrze. A kiedy ktoś niechcący mi o tym przypomni, to kaplica. Nie mogę tego od siebie wytrząsnąć przez najbliższe kilka godzin.
-Co masz? - zapytał Kendall, kiedy sięgnęłam po dzwoniący przez przypomnienie telefon.
Nie wiedziałam, że to już, ale wiedziałam, co to jest. Nowa metoda nauczania Angeles. Chodzi o codzienne obejrzenie jednej prezentacji multimedialnej trzy razy dziennie. Najlepiej o stałych godzinach. Na każdy tydzień wakacji jest inny plik. Podobno w ten sposób nauczymy się rzeczy, które będą w pierwszych trzech testach we wrześniu, zanim dobrze się przybierzemy do nauki. To tak, jakby wiedza sama pchała się do głowy. Oczywiście nie ma dowodów, że to działa.
-Prezentacja szkolna. - odpowiedziałam. - Biologia, takie bzdety dla kujonów.
Tak, powiedziałam to. Przecież to tylko słowo. Nie ma nic złego, w tym, że ktoś się dobrze uczy. A jeśli ktoś nazywa kogoś kujonem, znaczy, że najzwyczajniej w świecie mu zazdrości. Może kiedyś bym tego nie powiedziała, ale teraz zrozumiałam, że nie warto się tym przejmować. W końcu mam większe problemy na głowie.
-Kendall? - zaczęłam, chcąc zmienić temat. - Nigdy nie odpowiedzieliście, dlaczego Rachel przychodzi tutaj tylko po to, żeby nam gotować.
-Wie, że mamy dużo pracy, po prostu. Pamiętasz, pierwszy tydzień, kiedy tu przyjechałaś? Carlos zrobił danie z torebek. Mrożone frytki i klopsy ze słoika. A Rachel się o tym dowiedziała. - wyjaśnił, przerywając rozciąganie ciasta, żeby poprószyć mąką kolejny skrawek stołu. - Wie, że mamy dużo pracy, a jej książki piszą się same, kiedy ma dla kogo gotować. Dlatego to robi. A przecież nie uruchomi kolejnej najmniejszej restauracji, bo jak się okazało, w kontrakcie ma to surowo zabronione. Nie wiem, co jej się trafił za mózg.
Pokręcił głową, kiedy odsunęłam się od stołu, żeby zrobić mu więcej miejsca. W sumie, nie mogłam nic powiedzieć. Nie znałam mentalności wydawnictw, które wydają bieżące książki kucharskie. Widać, taki ma z nimi układ.
-Z resztą... - prychnęłam, wzruszając ramionami. - Te klopsy wcale nie były takie złe. Sos był całkiem smaczny.
-Wiesz, że nie o to chodzi. - pokręcił głową. - Rachel jest zdecydowaną przeciwniczką szybkiego jedzenia. Pracowała przed studiami w fastfoodzie, ale to było co innego. Jej zdaniem, już lepiej nic nie jeść. Bo warto poświęcić trochę czasu, żeby sobie ugotować.
Nie odpowiedziałam, tylko pochyliłam się z powrotem nad telefonem. Wczoraj Rachel ugotowała nam dwudaniowy obiad z deserem i i jeszcze skończyła galaretkę na jutro. Dzisiaj wieczorem przyjdzie ją dokończyć.

Logan zachowywał się jak gdyby nigdy nic. Adrianny jeszcze nie było i jak znam życie, nie przyjdzie wcześniej niż po siódmej wieczorem. A jak się okazało, ten makaron Kendalla był znacznie smaczniejszy niż ten najdroższy w sklepie.
I jak się okazało, miałam rację. Kwadrans po siódmej ktoś do nas przyszedł. Zadzwonił do drzwi, James temu komuś otworzył i przyprowadził do kuchni, gdzie Kendall i ja już nakryliśmy do stołu na siedem osób. Jasne, Rachel też będzie.
-Dobra, to ja idę na górę, polatać sobie na hipogryfie. - oznajmiłam, kładąc ostatnią serwetkę na stole. - Kolację zjem później.
Wolałam unikać Adrianny. Nie wiedziałam, co ona może mi jeszcze powiedzieć. Wiedziałam, że przy Peterze nie odważyłaby się powiedzieć czegoś niemiłego. A jednak z drugiej strony... dobrze było znać prawdę. Znaczy, tę prawdę, która siedzi w jej głowie.
-Siedź! - krzyknął Logan, nic sobie nie robiąc z mojej naburmuszonej miny.
Niechętnie wróciłam na krzesło i spojrzałam na niego, uparcie unikając chociażby mrugnięcia w stronę Adrianny. Wiedziałam, że długo sobie nie potraktuję jej jak powietrze.
-Skoro jesteśmy już wszyscy... - powiedziała Adrianna swoim dyplomatycznym tonem.
-Nie wszyscy. - odpowiedział Carlos, stawiając świecznik na środku stołu. - Będzie jeszcze moja dziewczyna. Przyjdzie za jakieś pięć minut. Albo wcześniej.
Wzruszył ramionami, grzebiąc w szufladzie z rupieciami w poszukiwaniu cmentarnej zapalniczki, jak nazywał to James. Modliłam się, żeby Rachel już stawiała rower za bramą i wchodziła po schodkach. Jej obecność bardzo pomogłaby mi przez to przejść.
I już wiem, dlaczego jej i Carlosowi idzie tak szybko. Z nią naprawdę trudno się nie zaprzyjaźnić.
-Nie rozumiem po co mieszać obce osoby w rodzinne sprawy. - oznajmiła, pozwalając Jamesowi odsunąć sobie krzesło przy stole.
Serio? Bo tak się składa, że ta „obca osoba” jest bardziej moją siostrą niż Ty. I to raczej jest zrozumiałe. Rachel naprawdę była moją przyjaciółką. Przynajmniej za taką ją uważałam.
Całe szczęście Rachel przyjechała kilka minut później. Chyba dostała już klucze od Carlosa, bo ledwo zauważyliśmy, kiedy otworzyła drzwi i ściąga buty przy drzwiach.
-Wybaczcie, że tak długo! - zawołała jeszcze sprzed drzwi. - Prawie wypadło mi koło w rowerze, musiałam dokręcić.
Weszła do pomieszczenia i natychmiast spojrzała na Adriannę. Przystanęła na sekundę, jakby chciała się zastanowić, co ma zrobić.
-Pani, to pewnie Adrianna, siostra Clover. - powiedziała, śmiało wyciągając dłoń do Adrianny, z uśmiechem lekko się kłaniając. - Ja nazywam się Rachel Khoo, czy możemy porozmawiać w pokoju obok?
Adriannę kompletnie zamurowało. Chyba odjęło jej mowę, ale pozwoliła się zaprowadzić po pokoju z kinem domowym.
Nie wiedziałam, co one tam robiły tak długo, ale kiedy wróciły, Rachel była uśmiechnięta od uch do ucha, a Adrianna była lekko przygarbiona, jakby się czegoś wstydziła.
-Możemy siadać. - powiedziała Rachel, pomagając Loganowi w rozstawianiu kilku ostatnich talerzy z lazanią.
Pojęcia nie mam, co jej powiedziała, ale przez całą kolację zachowywała się jak nie ona. Była miła i wcale się nie wywyższała... Rety, no tego się nie spodziewałam!
Adrianna wyszła jeszcze przed deserem. Podejrzewałam, że nie mogła znieść spojrzeń Rachel. Po prostu zabrała torbę i wyszła. Nic mi nie powiedziała. Zachowywała się, jakbym ją czymś zawstydziła. Tylko nie miałam pojęcia czym.
-Co Ty jej właściwie powiedziałaś? - zapytałam Rachel, kiedy zaczęłyśmy razem sprzątać.
-Prawdę. - wzruszyła ramionami. - Powiedziałam, jaka byłaś smutna, kiedy wróciłaś z tego spotkania. Wytłumaczyłam jej jak jest, a jej zrobiło się głupio. To wszystko.
~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~//~
No i jak, robaczki? Użyłam powiedzonka pani od angielskiego, hahaha. Będzie mi tego brakować.
A co Wy powiecie na to, co zaszło między Rachel, a Adrianną? Jesteście zaskoczeni? W prawdzie to coś nie ma jako-takiego antagonisty (to przez tę japońską kreskówkę, sorry), ale będzie rozdział, w którym się okaże, kto tak naprawdę jest dwulicowy.
Dobra, chyba za dużo gadam. Na szczęście mam jeszcze kilka chwil, żeby to zmienić. A ponieważ nie zajrzałam do poprzednich komentarzy, teraz wypada Wam jakoś na nie odpowiedzieć.
Weronika, to jedzenie jest na dwa dni. Rachel lubi szaleć, szczególnie w kuchni. Może i mina Jamesa wyglądała przekomicznie, nie wiem, ale jak próbowałam to sobie wyobrazić przy pisaniu to była bardzo głupia mina.
Domi, grafik u chłopaków to podstawa. Nie pamiętam, czy w oficjalnych notkach wspomniałam coś o kartkach na lodówkę przyczepianych co tydzień, ale coś takiego mają. Sporo tego co w zeszycie, tutaj zostało pominięte, ale dotyczy bardziej zwyczajów niż czegoś konkretnego. A James... co cóż to po prostu wynika ze zmęczenia. Carlos nie jest zazdrosny o Kendalla. Głównie dlatego, że to Kendall ich razem zapoznał. A czy Twój chłopak byłby zazdrosny o Waszego wspólnego przyjaciela, z którym masz wspólne zainteresowania? Jeśli byłby na tyle racjonalny, co Carlos, to myślę, że nie. Bo czy Ty byłabyś zazdrosna o jego koleżankę, która jest tylko jego koleżanką, chodzącą z nim na transmisje meczów piłkarskich do baru sportowego? Pewnie zależy, czy byłaby ładna. A jeśli to by była jednocześnie Twoja najlepsza przyjaciółka? Myślę, że nie. Wszystko zależy od racjonalności. Jeśli chodzi o rodzinę Martina, powód ubóstwa jego rodziny jest całkiem banalny, ale Martin chce po prostu mieć codziennie na tani, ale porządny obiad dla siebie i swoich braci.
No fakt, trochę tego wyszło. Dopiero teraz dałam sobie sprawę, ile musiałam pominąć. Może zrobią post pytanie-odpowiedź w któryś poniedziałek? Piszcie, czy coś takiego chcecie.
A ja mam nadzieję, że dzisiejsza notka się Wam podobała. Trzymajcie się! Cześć!